logotype
image1 image2 image3 image4

2011 - Gran Operita

"Gran Operita" wg scenariusza M.Przybylskiego; reż. Marcin Przybylski; Teatr Współczesny w Warszawie

RECENZJE

PIERWSZY BAL WIERY GRAN

Przedstawienie może okazać się ważnym głosem we współczesnych dyskusjach na temat zbiorowej pamięci i prowadzenia polityki historycznej - o spektaklu "Gran operita" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie pisze Karolina Matuszewska z Nowej Siły Krytycznej.

W osobie Wiery Gran - piosenkarki i aktorki łączy się wszystko to, co ostatnio tak nurtuje polskich twórców teatralnych: problemy II wojny światowej, radzenia sobie z jej traumą, pamięci o niej oraz stosunku do Semitów. Choć Marcin Przybylski do mainstreamu teatru zaangażowanego nie należy, to jednak jego spektakl "Gran operita" w warszawskim Teatrze Współczesnym w kompletny sposób odpowiada na pytanie, dlaczego warto się dziś tymi sprawami zajmować i tak uporczywie do nich wracać.

Weronika Grynberg, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Wiery Gran, w latach 30. występowała w wielu warszawskich kawiarniach. Koncertowała też na terenie całej Polski. Po wybuchu II wojny światowej weszła do warszawskiego getta, aby połączyć się z rodziną. Tutaj kontynuowała pracę artystyczną, prowadziła też sierociniec. Po wyjściu z getta z pomocą Kazimierza Jezierskiego - późniejszego życiowego partnera, o którym mówiła, że jest jej mężem, choć ślubu nigdy nie wzięli, przez jakiś czas ukrywała się w różnych miejscach. W 1950 roku wyemigrowała do Izraela, gdzie została oskarżona o współpracę z Niemcami w czasie wojny. Odebrano jej polskie obywatelstwo i bojkotowano występy. W 1952 roku wyjechała do Francji i w ciągu kilku lat zrobiła wielką karierę. Później jeszcze kilkakrotnie przyjeżdżała do Polski i Izraela, ale przyjmowano ją nie zawsze entuzjastycznie. Zmarła opuszczona w paryskim Domu Świętego Kazimierza w 2007 roku. Na jej pogrzeb przyszło 13 osób. Wiera Gran była osobą, której wojenne losy na trwałe zaważyły na życiu. Choć w latach 50. udało jej się zrobić zagraniczną karierę, nigdy do końca nie uwolniła się od zarzutów o kolaborację z Niemcami.

Pierwsza cześć "Gran operity" to typowe widowisko muzyczne, utrzymane w klimacie podobnym do poprzedniego spektaklu Przybylskiego "Moulin Nor. Antyrewia". Na ascetyczną scenografię w czarnej tonacji składa się jedynie drewniany stół z krzesłami - miejsce domowych spotkań i intymnych rozmów, a równocześnie sala przesłuchań kolejnych władz, oraz fortepian. Duże żółte żarówki tworzą ramę sceny przedwojennego kabaretu. Ze swojej mrocznej "Antyrewii" reżyser zapożyczył też kilka postaci: groteskowych klaunów kojarzących się z Jokerem oraz upiorne typy o pobielonych twarzach. Z tych wszystkich elementów Przybylski buduje atmosferę przedwojennego polskiego kabaretu, ale atmosferę skażoną. Choć wszyscy się dobrze bawią, tańczą i zachwycają śpiewem artystek, ich ruchy są jakieś nienaturalne, wykrzywione: spowolnione, karykaturalne, a czasem i agresywne. W świetle widać też ślady krwi na ich twarzach. Są jakby naznaczeni śmiercią i cierpieniem, nim sami jeszcze zaczną zdawać sobie z tego sprawę. Za chwilę bowiem do kawiarni wejdą ci, którzy swoim muzycznym prologiem zapraszali na występ, ale teraz już w nowej roli: hitlerowców, którzy tropią Żydów. Najbardziej znamienna jest tutaj podwójna rola Moniki Pikuły, w której z uwielbianego przez wszystkich komika Charliego Chaplina przemienia się w swoją karykaturę: obdarzonego podobną posturą i wąsikiem Hitlera.

Cała ta pierwsza sekwencja jest przemieszaniem scen muzycznych z pantomimicznymi, rozgrywanymi w absolutnej ciszy. Słów w ogóle w całym przedstawieniu pada niewiele - z wyjątkiem sytuacji, w których są konieczne dla rozwoju akcji. Wszystkie one to takie obrazy - wyimki z życia Gran, które w pigułce przedstawiają jej sytuację aż do wyjazdu do Izraela. Poza prostą rejestracją pewnych faktów, nie ma w nich nic specjalnie interesującego. Zwrot przynosi dopiero druga część spektaklu. Nagle wszystko to, co początkowo wydawało się nieistotne, nabiera szczególnego znaczenia. Jak bumerang powracają zdarzenia z przeszłości, o których chciałoby się zapomnieć. To nie Wiera ma problem z uporaniem się z własną traumą wojenną, ale jej otoczenie, które wciąż przypomina jej o tym, co robiła w getcie. Pojawia się tu również problem ludzkiej pamięci, która zawodzi nawet w sytuacjach kluczowych. Wydarzenia zacierają się w niej i nie sposób oddzielić, co się naprawdę wydarzyło, a o co jej się bezpodstawnie zarzuca. Z drugiej strony powraca kwestia interpretacji faktów i kojarzenia ich wedle własnej wygody. Argumentem przeciwko Wierze, który rzekomo ma potwierdzać jej współpracę z Niemcami, staje się jej autentyczne nazwisko. Wszystko musi być czarne albo białe i układać się w logiczną całość - nie mogą istnieć żadne stany pośrednie. Z takimi próbami uporania się z naszą wojenną historią mieliśmy do czynienia całkiem niedawno, kiedy IPN co chwila odkrywał przed nami kolejne tajne akta i upubliczniał nazwiska tajnych współpracowników. O tym, jak łatwo oskarżyć kogoś jedynie na podstawie drobnego faktu czy świstka papieru i skrzywdzić go tym na całe życie, przypomina nam Wiera Gran.

Wokół Wiery zacieśnia się krąg oskarżeń i pomówień. Osoby, które kiedyś spotkała przypadkowo, teraz dopominają się o jej uwagę i o miejsce w jej pamięci. Mają własną wizję tego, co wydarzyło się przed laty. Gran zostaje osaczona przez ludzi, którzy dla niej samej znaczą niewiele. Przez to jednak, jak bardzo przywłaszczają sobie jej życie, zaczynają przejmować nad nim kontrolę. Środkiem do tego stają się plotki. Słowa lekkie jak piórko niesione przez wiatr opadają na nią - początkowo ledwie zauważalne, z czasem oblepiają całą postać, skutecznie zakrywając jej prawdziwy wygląd. Przybylski tym piórkiem pojawiającym się co jakiś czas na scenie w subtelny sposób jeszcze raz pokazuje, jak lekkie z pozoru są słowa i jak łatwo się rozprzestrzeniają. To zaś, co ze sobą przynoszą, najlepiej widać w ostatniej scenie: ból po utracie tego, co było naprawdę ważne, tęsknotę za minionym oraz przeraźliwą i pusta samotność. Wiera Gran schodzi ze sceny w absolutnej ciszy - prowadzona za rękę przez ducha swojego zmarłego synka. Nie zostaje po niej właściwie nic - są tylko ludzie, którzy ją pamiętają. I to od ich pamięci zależeć będzie jej wizerunek na świecie.

Marcinowi Przybylskiemu udało się stworzyć spektakl na swój sposób niezwykły. Pozornie jest to zwyczajna widowiskowa opowieść o trudnym życiu wielkiej artystki - opowieść, jakich wiele. Jej największym atutem jest wówczas piękna muzyka inspirowana żydowskimi melodiami, grana na żywo przez zespół Klezzmates oraz fenomenalne wręcz wykonania piosenek przez Monikę Węgiel (Wiera Gran). Pozostali aktorzy zresztą dzielnie jej w tym towarzyszyli. Przybylski ma dobre ucho, świetnie orientuje się w wokalnych możliwościach swoich wykonawców i umiejętnie je wykorzystuje. Już sam ten poziom odbioru robi ogromne wrażenie i można na nim poprzestać. Jeśli jednak zgłębić się w materię spektaklu, "Gran operita" może okazać się ważnym głosem we współczesnych dyskusjach na temat zbiorowej pamięci i prowadzenia polityki historycznej. Dla mnie wydaje się szczególnie istotny, ponieważ opiera się na indywidualnej historii, a nie jest abstrakcyjną wypowiedzią pseudointelektualisty rzuconą w wir dyskursów. Co więcej, pokazuje, że z pomocą środków ściśle teatralnych i muzycznych, które służą przede wszystkim rozrywce, można również mówić o rzeczach ważnych. I to właśnie potwierdza odwieczną siłę teatru.

Karolina Matuszewska

Nowa Siła Krytyczna

02-05-2011

 


OSKARŻONA CZY OFIARA

"Gran Operita" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Mirosław Winiarczyk w idziemy.

Sprawa Wiery Gran, znanej przed wojną pieśniarki żydowskiego pochodzenia, powróciła za sprawą wydanej kilka miesięcy temu książki Agaty Tuszyńskiej "Oskarżona Wiera Gran". Reporterka w dramatycznych rozmowach ze starzejącą się i schorowaną artystką starała się zrozumieć jej tragiczne losy. Mieszkająca przed śmiercią w Paryżu Gran uparcie podtrzymywała swoje zarzuty (kierowane do konkretnych osób) o skazaniu jej po wojnie na artystyczny i towarzyski bojkot za domniemaną współpracę z gestapo w warszawskim getcie. Bojkot ten przeniósł się z Polski do Izraela i innych krajów. Po ukazaniu się książki Tuszyńskiej trwa debata na temat tej trudnej i do dziś niejasnej sprawy. Gran została bowiem po wojnie uniewinniona przez sądy, a mimo to bojkot jej osoby trwał przez całe lata.

Do tej właśnie sprawy nawiązuje najnowsza premiera Teatru Współczesnego "Gran Operita". Reżyser i zarazem scenarzysta nie przenosi jednak na scenę książki Tuszyńskiej. Inspiruje się tylko życiem Gran i jej wspomnieniami, a także zachowanymi dokumentami, co ilustruje tytuł spektaklu. W formie zbliżonej do musicalu i operetki zostały pokazane losy Wiery Gran od prologu w przedwojennej Warszawie, przeżyć w getcie, aż po okres powojenny. Artystka została ukazana jako ofiara czasów wojny, uwikłana kolejno w ciąg sytuacji, w których nie mogła się skutecznie bronić.

Występy w kawiarni Sztuka dawały wielu ludziom pozory życia artystycznego w tragicznej sytuacji mieszkańców getta. Siłą rzeczy jednak artystka musiała się tam stykać z różnymi osobami, mającymi kontakt z Niemcami lub pozostającymi na ich usługach. Na scenie oglądamy ofiarę czasów wojny i lat powojennych, kiedy to wielu znajomych Gran układało sobie życie w rzeczywistości wprowadzania władzy komunistycznej. Spektakl ma dobre tempo i rytmikę oraz ciekawą muzykę klezmerską.

"Oskarżona czy ofiara?"

Mirosław Winiarczyk

Idziemy nr 20/15.05

03-06-2011


GETTO NA WIEKI WIERY GRAN

"Gran Operita" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

 

To było ambitne i trudne przedsięwzięcie, na granicy dużego ryzyka - jak opowiadać piosenką, tańcem, mieszanką musicalu i opery buffa o sprawach tak trudnych jak wojna, getto, Holokaust i powikłane losy powojenne? A jednak okazało się, że to możliwe. 0 zapomnianej polskiej śpiewaczce żydowskiego pochodzenia, Wierze Gran, zaczęło znowu być głośno za sprawą opublikowanej niedawno książki Agaty Tuszyńskiej, "Oskarżona Wiera Gran", a także poświęconej artystce powieści Remigiusza Grzeli "Bądź moim Bogiem". W rozbudzone na nowo zainteresowanie trafia widowisko Marcina Przybylskiego, autora scenariusza i reżysera "Gran operity", której bohaterką jest właśnie Wiera. Przybylski nie poprzestał na prezentacji postaci i jej wielkich przebojów ("Jej pierwszy bal"), ale zbudował za ich pomocą - i oszczędnie dozowanych dialogów - opowieść o niszczącej sile złych języków, które zdolne są człowieka zdruzgotać. Utalentowana pieśniarka, nazywana polską Edith Piaf, padła bowiem ofiarą pomówień, oskarżana o kolaborację z Niemcami. I choć kilkakrotnie była oczyszczana przez sądy, do końca życia zmagała się ze zmorami przeszłości. Jej historia to przestroga przed łatwym ferowaniem wyroków, które mogą człowieka zniszczyć. Tuszyńska nie rozstrzyga, czy Gran była bez skazy, ale też jej nie obwinia. Podobnie postępuje Przybylski, daleki od roli sędziego. Forma widowiska, którego główna siła tkwi w warstwie muzycznej, ograniczyła narrację wiążącą poszczególne sceny do minimum - nie do końca udało się Przybylskiemu te sceny dostatecznie jasno powiązać, czasem skrót raził schematem (dotyczy to zwłaszcza sceny w UB, zrealizowanej w stylu "teatru IPN"), ale na szczęście poetycki kształt spektaklu zwyciężał. Brawurowo wypadła scena prezentująca wybuch wojny i początek okupacji, której spoiwem była Chaplinowska "Titina" w przeróbce Hemara, mistrzowsko wykonana przez Monikę Pikułę i cały zespół, porywający był groźny "Lambeth walk", symbolizujący pułapkę wiecznego getta, z którego z trudem próbowała się wyrwać Wiera Gran.

Nie byłoby jednak tego spektaklu bez Moniki Węgiel, która już wcześniej zwróciła uwagę siłą głosu, oryginalnym brzmieniem i aktorską interpretacją (śpiewała przebój Edith Piaf "Życie na różowo" w przedstawieniu Współczesnego "To idzie młodość", a rok temu zgrała Piaf w Teatrze Nowym w Słupsku). Tym razem wykorzystała szansę, aby nie tylko potwierdzić swoją dyspozycję wokalną, ale i rosnące umiejętności aktorskie - dotyczy to zwłaszcza poruszającego finału widowiska, imaginacyjnego spotkania z jej zmarłym podczas okupacji synkiem.

"Getto na wieki Wiery Gran"

Tomasz Miłkowski

Przegląd nr 22/05.06

31-05-2011


"TRAVIATA" Z PUDELKA

"Gran Operita" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Joanna Derkaczew w Gazecie Wyborczej.

 

«Paski informacyjne z telewizji, portal Pudelek i reportaże - to nowe źródła inspiracji dla twórców opery. Na scenie nie wystarczą już same ekstremalne emocje. Poszukiwane są tematy nie tylko kontrowersyjne, lecz także powszechnie znane.

"Seks, obelżywy język i nadużywanie narkotyków to elementy opery" - można przeczytać na stronie londyńskiego Opera House. Wszystko się zgadza. Bez tych podstawowych składników trudno wyobrazić sobie "Madame Butterfly", "Traviatę", "Żywot rozpustnika" czy nawet swojski, poczciwy "Straszny dwór" (w którym najsłynniejsza aria ze słynnym "zażyj tabaki" to w końcu namowa do odurzania się).

Ten konkretny opis dotyczy jednak nie tyle opery "w ogóle", ile najnowszej produkcji Royal Opera House, "Anna Nicole. The Party Always Ends". Spektakl, który miał premierę w lutym, to historia tragicznie zmarłej gwiazdy "Playboya", bohaterki licznych skandali, afer i głośnych procesów sądowych. Toczyła m.in. długoletnią, relacjonowaną przez media batalię o spadek po swoim 90-letnim mężu (poślubiła go jako 26-latka, małżeństwo trwało 14 miesięcy), miliarderze Howardzie Marshallu. Nazwisko Smith trafiło na pierwsze strony tabloidów także w 2006 roku. 20-letni syn słynnej playmate zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach przy jej szpitalnym łóżku na porodówce (urodziła właśnie córkę). W 2007 roku przedawkowała leki.

Poświęcono jej jeden z odcinków "Śmiertelni nieśmiertelni" utrzymanego w stylistyce nekrofilskiego teledysku serialu dokumentalnego MTV o zgonach celebrytów. Modelkę w operze zagrała duńska sopranistka Eva-Maria Westbroek. Ograniczenie wiekowe: powyżej 16 lat. Czy ten opis brzmiący jak notka z portalu plotkarskiego to faktycznie materiał na libretto? A gdyby w podobnych kilku zdaniach streścić "Turandot" czy "Carmen"?

Opera z tabloidu

Samo hasło ">>Playboy<< versus opera królewska" brzmi oczywiście pikantnie, intrygująco i bardzo sexy. O wiele ciekawsze wydaje się jednak to, że Anna Nicole stała się przypieczętowaniem pozycji gatunku "newsreel opera". Tego typu "opery na podstawie paska informacyjnego" co jakiś czas pojawiały się już w Stanach czy Wielkiej Brytanii. W 1987 roku nową sceniczną tradycję zainaugurował "Nixon w Chinach" Petera Sellarsa. Operę o szczegółach prezydenckiej wizyty z 1972 roku wystawiano odtąd regularnie na najważniejszych scenach świata - ostatnio na początku roku w Metropolitan Opera.

Ale prawdziwymi klasykami newsreelów są właśnie twórcy spektaklu w Royal Opera House: kompozytor Mark-Anthony Turnage (autor "Greek" i "The Silver Tassie") oraz librecista Richard Thomas (mający na koncie m.in. "Jerry Springer: The Opera", produkcję, która kilka lat temu wzbudziła powszechne oburzenie).

"Greek" był obrazkiem z życia brytyjskiej klasy robotniczej, operowy hit "Jerry Springer" - kumulacją najbardziej prowokacyjnych wystąpień tego aktora i showmana. Autorzy przekonują w wywiadach, że korzystając z doniesień tabloidów, powracają jedynie do strategii stosowanej z powodzeniem przez największych, jak Puccini czy Verdi.

Bohaterkami nowych, newsowych oper są więc nie tylko dziewczyny z rozkładówek, reguła jest jednak jasna - heroiną musi być postać budząca w danym momencie jak największe kontrowersje. W wystawionym właśnie w RPA "Winnie the Opera" na arie i wstawki baletowe rozpisano życie Winnie Madikizeli-Mandeli - aktywistki, działaczki politycznej, byłej żony Nelsona Mandeli.

Pokraczna operita

W Polsce połączenie to połączenie opery z plotką ciągle jeszcze wydaje się nie do pomyślenia. Artyści wyraźnie jednak krążą wokół kuszącego tematu. Szukają jakiejś łagodniejszej, mniej rażącej konwencji. Z tej zachowawczej delikatności powstają twory interesujące, acz pokraczne, jak "Gran Operita" (Teatr Współczesny w Warszawie). Widowisko autorstwa Marcina Przybylskiego to nie opera, ale "prawie". Nie na podstawie doniesień prasy kolorowej, ale jej reporterskiego przetworzenia, czyli m.in. książek Agaty Tuszyńskiej ("Oskarżona: Wiera Gran") oraz Remigiusza Grzeli ("Bądź moim Bogiem").

Historia śpiewaczki (1916-2007), która przez całe życie zmagała się z opinią "tej, która występowała dla Niemców, gdy inni ginęli w getcie", na scenie Współczesnego staje się zbitką sprawnego musicalu, recitalu a la Przegląd Piosenki Aktorskiej, show w stylu "Chicago" czy komedii Mela Brooksa, a wszystko to w kafkowskiej atmosferze. Nazistki paradują w stronach domin, spod sceny wypełzają "grzechy-upiory" w makijażu gotowym na galę glam rocka, Monika Węgiel jako Gran ściąga ramiona jak zagubiona w czasie Edith Piaf. Komediowe scenki przerywane są targającymi sercem pieśniami Wiery Gran. Po mocnych, pełnych fizycznej intensywności scenach "powstańczych" następuje sentymentalny duet czy song. Twórcy nie mogą się zdecydować, czy świadomie użyć kiczu, przesady i - jak to w operze - "pojechać po całości", czy zachować specyficzną dla teatru subtelność. Efekt to spektakl-kadłubek, z potencjałem, ale bez siły rażenia.

Wielkie epickie tematy, ekstremalne emocje - opera doskonale radziła sobie dotąd z tym zestawem. Dziś potrzebny jest także certyfikat autentyczności. Historia nie może być wyłącznie ekscytująca i oparta na jakichś odkrytych przez kogoś "faktach". Musi być znana wszystkim. Najmocniejsza. Najgłośniejsza. Z pierwszych stron. Pozostaje tylko typować, jaki news wejdzie na polskie sceny jako pierwszy.»

""Traviata" z Pudelka"

Joanna Derkaczew

Gazeta Wyborcza nr 105/07.05 

09-05-2011