logotype
image1 image2 image3 image4

2012 X - Operetka

"Operetka" Witolda Gombrowicza; reż. Wojciech Kościelniak; rola - Firulet; Teatr Dramatyczny w Warszawie

zdjęcia autorstwa Krzysztofa Bielińskiego z archiwum Teatru Dramatycznego

GOMBROWICZ NA DWA FORTEPIANY, CZYLI KOŚCIELNIAK DEBIUTUJE W STOLICY

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Piotr Sobierski w Gazecie Wyborczej - Trójmiasto.

«"Operetka" Witolda Gombrowicza w muzycznej oprawie to wbrew pozorom nie łatwa i przyjemna rozrywka. Reżyser Wojciech Kościelniak w swoim najnowszym spektaklu po raz kolejny dogłębnie diagnozuje współczesne społeczeństwo, a przy okazji w udany i mocny sposób debiutuje na scenie warszawskiego teatru.

Kościelniak kazał stolicy długo na siebie czekać. Co prawda w 2011 roku prezentował na deskach Teatru Dramatycznego "Lalkę" Bolesława Prusa z Teatru Muzycznego w Gdyni, ale był to tylko występ gościnny w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych. Po wielu latach udanej kariery, przede wszystkim w teatrach Gdyni i Wrocławia, przyszła kolej na prawdziwą konfrontację z publicznością Warszawy.

W błysku fleszy

Głęboką scenę Teatru Dramatycznego wypełnia ciemność. Przez jej środek rozwinięty został czerwony dywan, który otwiera drogę w dal sceny. Przechadzają się po nim wszyscy bohaterowie "Operetki", każdy bowiem pragnie sławy. Błyski fleszy, robione przez paparazzich zdjęcia, nagrody i pogoń za modą to chwilowe zaspokojenie własnej próżności i element autokreacji. Fantastycznie wypada w drugim akcie spór pomiędzy Szarmem i Firuletem, którym z trudem przychodzi zaakceptować, że wzajemnie się naśladują.

Na końcu dywanu znajdują się otwarte drzwi, a obok nich lodówka. Element scenografii doskonale znany ze spektaklu "Idiota" tym razem posłużył Kościelniakowi do nieco innych celów. Pomimo, że bohaterowie "Operetki" również się przy niej chłodzą, jak np. rozerotyzowana Albertynka, który pragnie nagości, to teraz jest to przede wszystkim miejsce ukrycia dla hrabiostwa i baronostwa, w którym mogą oni "zamrozić" swój stan posiadania. Wydaje się, że w obliczu nadchodzącej rewolucji to dla nich jedyny sposobów na zachowanie statusu quo.

Ostatecznie to tylko z pozoru bezpieczna kryjówka. Lodówka zamienia się w zbiorową mogiłę, do której trafiają arystokraci, ksiądz, generał, a nawet służba. Nagle tytuły i osiągnięcia nie mają żadnego znaczenia. Podobnie jak w "Balu w Operze" i tym razem Kościelniakowi udało się stworzyć finał, który mrozi i wstrząsa. Staje się wymownym i mocnym komentarzem na temat naszej współczesności, szczególnie dzisiaj i szczególnie w stolicy, w której pęd do sławy przybiera wręcz karykaturalne rozmiary.

Bez mikroportów

W realizacji tej wizji Kościelniakowi po raz kolejny pomagał znany zespół twórców. Do zgranego teamu, Damian Styrna - autor scenografii, Katarzyna Paciorek - odpowiedzialna za kostiumy, dołączyła Ewelina Adamska - Porczyk, która ułożyła choreografie. Tym razem jednak najważniejszą pracę wykonał kompozytor Piotr Dziubek. Na jego barkach spoczywała największa odpowiedzialność za powodzenia tego spektaklu. Muzyka jest tu niezwykle ważnym nośnikiem emocji, chwilami wręcz dominuje nad warstwą dramatyczną, charakteryzuje poszczególne postaci, kreśli sceny i przełomowe momenty.

Pod względem muzycznym spektakl został poprowadzony niezwykle sprawnie. Dziubek podobnie jak przy okazji "Idioty" postawił na bardzo ograniczone instrumentarium, co samo w sobie stanowi wartość dodaną. Poprzednio były to dwa akordeony, tym razem fortepiany. Na premierze zagrał Piotr Mania, znakomity trójmiejski muzyk, oraz sam Dziubek, którego w kolejnych spektaklach zastąpi Marcin Partyka.

Do pełni sukcesu zabrakło jednak perfekcji po stronie obsady. Największy zarzut kierować należy do Anny Czartoryskiej, która jako Mistrz Fior nie podołała zadaniu. Brak mikroportów nie pozostawił złudzeń - aktorka wypada słabo w partiach wokalnych i nie zachwyca również aktorsko. Jest wycofana, jednowymiarowa i całkowicie pozbawiona emocji, a przecież to niczym Mistrz Ceremonii w "Cabarecie" kluczowa dla rozwoju akcji postać.

Całkowitym jej przeciwieństwem jest bardzo solidna kreacja Aleksandry Adamskiej, której Albertynka zaskakuje, przyciąga uwagę swoją urodą, przebiegłością i charyzmą. Wokalnie wśród pań bardzo ciekawie i dojrzale prezentuje się Jagoda Stach (Hrabia Hufnagiel) oraz Anna Gigiel (Markiza). Wśród panów w pamięć zapadają szczególnie Paweł Tucholski, jako Książe Himalaj, którego wokal wybrzmiał najmocniej oraz Modest Ruciński (Hrabia Szarm) i Marcin Przybylski (Baron Firulet).

Pierwsza warszawska realizacja Kościelniaka utrzymana jest w duchu jego dotychczasowej twórczości. Niebanalne podejście do teatru muzycznego skutkuje zaskakującymi scenicznymi rozwiązaniami i niecodziennym odczytaniem tekstu. Chociaż tym razem autocytatów mamy w sztuce ponad miarę - głównie ze "Snu nocy letniej", "Idioty" i "Lalki", całość jest niezwykle przemyślana, spójna i wielowymiarowa. W tym tkwi przepis na sukces tego tytułu i zdaje się calej tworczosci Wojciecha Kościelniaka. Dobrze, że w końcu może się o tym przekonać również publiczność stolicy.»

"Gombrowicz na dwa fortepiany, czyli Kościelniak debiutuje w stolicy"

Piotr Sobierski

Gazeta Wyborcza Trójmiasto online 

18-10-2012

 

 

OPERETKOWY DANSE MACABRE

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Szymon Spichalski w serwisie Teatr dla Was.

Otwarcie sezonu w Warszawie przyniosło kilka długo oczekiwanych premier. Objęcie Teatru Studio przez Glińską, fuzja scen na Woli i Dramatycznego postawiły pytanie: jaką jakość artystyczną zaprezentują nowe dyrekcje? Niedawno odbyła się premiera ,,Anny Kareniny" na scenie imienia S.I. Witkiewicza. W naprzeciwległym skrzydle Pałacu Kultury swoją premierę miała z kolei ,,Operetka".

Jej twórcy wychodzą od bardzo ciekawego pomysłu. Gombrowiczowską arystokracją stają się fotoreporterzy, role sług odgrywają natomiast gwiazdy (filmu? teatru?) wystrojone w czarne obcisłe suknie. Kościelniak wyraźnie pokazuje, że zamierza dokonać reinterpretacji sztuki. Nie ma w widowisku tak wyraźnego podziału na persony dramatu, jak w wybitnej adaptacji Grzegorzewskiego. Brakuje wyraźnie określonych charakterów. Dominująca czerń zlewa w jedną całość wszystkie role. Aktorstwo w ,,Operetce" jest dostrzegalne wtedy, gdy grający świadomie przerysowuje swoją kreację. Tacy są Firulet Marcina Przybylskiego oraz Książę Pawła Tucholskiego. Twórcy przedstawienia wyraźnie dążą do ,,materii pomieszania", czyniąc spektakl pełnym swoistego chłodu. Przeradza się on chwilami w hermetyczność.

Partie muzyczne najlepiej wpadają w ucho w partiach chórowych, o wiele gorzej jest z solówkami. Czuć, że są niedopracowane. Aktorzy przypominają monady, które rozmijają się we wspólnym dążeniu. Skutkuje to brakiem organizacji topograficznej przy większych sekwencjach. Musicalowe ambicje Kościelniaka wymagałyby większej ilości prób. Choreografia wykorzystuje przestrzeń zarówno proscenium, jak i ogromnej, pustej przestrzeni poza nim. Dzięki temu przedstawienie nabiera dynamiczności. Sama muzyka jest wykonywana tylko na klawiszach. ,,Operetka" nabiera tym samym iście chopinowskiego dramatyzmu. Smutna jest ta warszawska adaptacja Gombrowicza. Podczas oglądania przedstawienia można się zastanowić, gdzie znikła ta naturalna feeria oryginału.

Co jest tematem tej inscenizacji? Głównym punktem zainteresowania Kościelniaka jest ciało. Choć punkt wyjścia może sugerować kolejną opowieść o relacji idoli oraz mediów. Wszędobylskie aparaty towarzyszą aktorom w niemal każdej scenie. Wykonane zdjęcia są potem wyciągane jako negatywy z baseniku przed widownią. Fotografia jest wyzwaniem rzuconym śmierci. Ma utrwalić chwilę piękna. Domniemanym, wybitnie nieplatońskim pięknem jest tutaj uroda fizyczna. Czarne suknie i garnitury zostają zastąpione przez szpitalne kitle po dokonanym przewrocie. Pojawienie się Albertynki z końcowym songiem stanowi już tylko odległe wspomnienie ciała, które kiedyś było młode. Ironiczne podkreśla to figurka Oscara, znacznie bardziej otyła niż jej znany z USA odpowiednik. Pesymistyczne zakończenie przypomina o nieuniknionym starzeniu się i umieraniu każdego człowieka. Scenograf, Damian Styrna, umieścił jeden służący ilustracji tego przekazu element dekoracji: lodówkę. Ta według logiki twórców ma chyba kojarzyć się z prosektorium.

Kościelniak odczytał chyba jednak Gombrowicza zbyt dosłownie. Zagubił przy tym jeden z najważniejszych walorów teatru: wieloznaczność. Cały wątek rewolucji i metafizycznego pojęcia kostiumu został odsunięty na drugi (a nawet trzeci) plan. ,,Operetkę" wręcz operacyjnie pozbawiono wymiaru filozoficznego. Swoje znaczenie utraciły kluczowe postacie, takie jak mistrz Fior czy Hufnagiel.

Sztuka Gombrowicza w Dramatycznym jest przedstawieniem przede wszystkim niedopracowanym. Myślę, że ma charakter eksperymentalny. Ale to właśnie eksperymentów można mieć dość po dyrekcji Miśkiewicza. Warstwa muzyczna zdaje egzamin dzięki dobremu akompaniamentowi. Zespołowi aktorskiemu brakuje jedności, jakby wzajemnego zrozumienia między grającymi. Z tego wynika pewnie wiele "niedokładności" w kreacjach. Również partie wokalne pozostawiają wiele do życzenia. Kościelniak miał pomysł na ,,Operetkę" i zrealizował go w pełni. Mroczna wymowa widowiska zamazała jednak inne aspekty arcydzieła Gombrowicza. Widać to zresztą gołym okiem. Szkoda zmarnowanej szansy na mocne otwarcie sezonu. Dotychczasowe chłodne przyjęcie przedstawienia może jednak wynikać z niechęci sporej części środowiska teatralnego do dyrekcji Słobodzianka. Obawiam się, że także kolejne premiery będą przez wielu przyjmowane z dystansem ze względów pozaartystycznych. Oby tak się nie stało.

"Operetkowy danse macabre"

Szymon Spichalski

Teatr dla Was 

17-10-2012

 

A KTO NIE ZROZUMIAŁ NIC, TO TRĄBA!

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatyczny w Warszawie. Pisze Marek Kujawski w serwisie Teatr dla Was.

"Operetka" Witolda Gombrowicza jest dramatem, z którym autor zmagał się wyjątkowo długo i z którego do końca nie był zadowolony. To utwór niezbyt skomplikowany, jednak bardzo niejednoznaczny i trudny do adaptacji scenicznej. Jest to jednocześnie sztuka wyjątkowo nośna, dająca pole do popisu reżyserowi o nieokiełznanej wyobraźni.

Teatr Dramatyczny bardzo pieczołowicie przygotowywał się do tego przedsięwzięcia i do premiery, która miała miejsce w dniu 12 października 2012 roku.

Akcja dramatu rozgrywa się na zamku księcia Himalaj, którego syn, hrabia Szarm (współzawodniczący z baronem Firuletem) postanawia zdobyć piękną Albertynkę. Do zamku przybywa dyktator mody Fior, a jego przybycie w celu organizacji pokazu, mającego wyznaczyć nowe trendy w modzie, przyczynia się do uruchomienia lawiny wypadków doprowadzających do rewolucji.

Pierwsza scena zaczyna się od błysku fleszy aparatów fotograficznych, które nieoczekiwanie rozświetlają mrok sceny. To początek galopu świetnych pomysłów reżyserskich, scenograficznych, choreograficznych i muzycznych.

Wszystko w tym spektaklu jest doskonale zaplanowane. Wszystko jest jasne, logiczne i precyzyjne. Nie ma tu miejsca nawet na odrobinę improwizacji. Mechanizm, który stworzyli Piotr Dziubek (muzyka), Ewelina Adamska-Porczyk, Damian i Eliasz Styrna (scenografia i animacja) oraz Katarzyna Paciorek (kostiumy) został doskonale zmontowany i puszczony w ruch przez reżysera spektaklu, Wojciecha Kościelniaka.

Także gra aktorska jest dobra i reprezentuje wyrównany poziom. W roli Fiora zobaczyłem Annę Czartoryską. Na wyróżnienie zasługuje gra Marcina Przybylskiego (Firulet) i Modesta Rucińskiego (Szarm). W rolach Złodziejaszków, popis brawurowej gry aktorskiej dali Paweł i Piotr Kamińscy. W rolę Proboszcza wcielił się doskonale (z ironią i dużym wdziękiem, a nawet... kokieterią) Jakub Lasota.

Dobrym pomysłem i ciekawym motywem przewodnim przedstawienia jest fotografia i wszystko to, co związane jest z fotografowaniem. Motyw ten znajduje uzasadnienie w przygotowaniach do pokazu mody.

Scenografia jest oszczędna, ale niezwykłe plastyczna, po prostu ładna. (Uważny widz odnajdzie tu sporo obrazów symbolicznych.) Choreografia jest nie tylko ciekawa i pomysłowa, ale i odkrywcza (okazuje się, że pęd motocykli jadących wprost na widzów można zasugerować przez przemieszczanie ich ruchem równoległym do krawędzi rampy), ale także... dowcipna!

Jednym z najważniejszych elementów tej inscenizacji jest jednak muzyka. Muzyka, której autorem jest Piotr Dziubek, wiąże wszystkie elementy w całość. Dodam jeszcze, że muzyka jest brawurowo wykonywana na żywo przez Piotra Manię i Marcina Partykę.

Połączenie dwóch ostatnich aktów znacznie zwiększyło tempo akcji i zdynamizowało inscenizację. Otrzymaliśmy barwny spektakl muzyczny.

W "Operetce" Teatru Dramatycznego akcent został przesunięty (i tak właśnie być powinno) z rewolucji społecznej na rewolucję moralną. Na wyzwolenie z więzów norm i zasad kulturowych. Stojący na straży dawnego porządku, zblazowani Firulet i Szarm sami w końcu ulegają tej rewolucji. Fason trzyma jednak Proboszcz, ale i tak do końca mamy wrażenie, że za moment zrzuci sutannę.

Jeśli ktoś chce zobaczyć tylko nagość i gołe pośladki, to je zobaczy. Jeśli jednak ktoś przestudiował ten dramat i odrobinę myśli, to ta właśnie inscenizacja pobudzi go do refleksji.

Ręczę, iż ze spektaklu wyjdziecie Państwo rozkołysani nie tylko przez muzykę (jak to być powinno, wszak to jednak "Operetka"), ale i rozkołysani przez samego Proboszcza.

Spektakl zawiera kilka zaskakujących pomysłów (także muzycznych) i niespodzianek.

Tę "Operetkę" warto zobaczyć.

Koniec i bomba.

A kto nie zrozumiał nic, to trąba!

Bravo, bravissimo!

"A kto nie zrozumiał nic, to trąba!"

Marek Kujawski

Teatr dla Was 

16-10-2012

 

WOLNOŚĆ NIE JEST NAUKĄ ŁATWĄ ANI MAŁĄ

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w serwisie Teatr dla Was.

Teatralnym inscenizacjom "Operetki" Gombrowicza zawsze towarzyszyła burza sprzecznych opinii. Nie ominęło to najnowszej realizacji w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, choć jednak bez wątpienia w nieco innym kontekście, otwierającej dyrekcję Tadeusza Słobodzianka.

Wojciech Kościelniak, choć nie stworzył dzieła wybitnego, próbuje opowiedzieć w interesujący sposób o naszej współczesności, w której główne role grają celebry ci i paparazzi. Nie znaczy to jednak, że reżyser "Idioty" i "Lalki" zupełnie rezygnuje z kontekstu literackiego i kulturowego. W ciekawie, bo z własnym tonem i z własną cielesnością poprowadzonych rolach Szarma (Modest Ruciński) i Filureta (Marcin Przybylski) dochodzi do pojedynku, który przywodzi momentami słynne starcie na miny Miętusa z Syfonem w "Ferdydurke". Zresztą Kościelniak bardzo umiejętnie podkreśla wszystkie cytaty i nawiązania oraz wykorzystuje motywy niedojrzałości-dojrzałości, wyższości-niższości, a nawet chłopactwa-chłopięctwa. Dlatego podoba mi się konsekwencja z jaką reżyser używa teatralnego języka, również w sposobach wchłaniania różnych konwencji. Jeśli nawet nie wszystkie jego pomysły są tak samo trafione - niezborności, nierówności, powtórzeń i pęknięć nie dało się uniknąć, to właśnie konsekwencja realizatorów w próbie demaskowania zużytych form, rozpasanego pseudo-indywidualizmu i pustego konsumpcjonizmu, a także rozpoznawania znaków czasu jest godna podziwu. Warszawska "Operetka", co by o niej nie powiedzieć, jest spektaklem zwartym, konstrukcyjnie i interpretacyjnie przemyślanym, ma dobre tempo i skrzy się momentami naprawdę nie pozbawionym finezji dowcipem. Jest w niej Gombrowiczowski uniwersalizm, jest ludzkość , jest też człowiek i historia. Rytm spektaklowi nadaje również znakomita muzyka , a także dobre przygotowanie wokalne i choreograficzne całego zespołu. Sugestywnie i szalenie ekspresywnie zainscenizowane zostały sekwencje galopującego Hufnagla, który próbuje walczyć zarówno z czasem, jak i z przestrzenią.

""wolność nie jest nauką łatwą ani małą""

Wiesław Kowalski

Teatr dla Was

29-10-2012

 

SEKRET ORGAZMÓW ALBERTYNKI

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Jan Bończa-Szabłowski w Rzeczpospolitej.

«"Operetka" jako schematyczna historia o świecie polskich celebrytów? Szkoda Witolda Gombrowicza, by opowiadać o dzisiejszych paparazzi

Zmierzyć się z "Operetką" w warszawskim Teatrze Dramatycznym to spora odwaga. To właśnie tu przed laty Maciej Prus zrealizował inscenizację utworu, która weszła do historii polskiego teatru. Prus jako pierwszy wyraźnie zaznaczył bliskie pokrewieństwo tekstu Gombrowicza z "Nie-Boską komedią" Zygmunta Krasińskiego, zobaczył w tym dramacie opowieść o tragizmie historii. Dojmującą cechą tamtej opowieści była atmosfera niepewności jutra i rewolucja, która wisiała w powietrzu. Bal maskowy wydawał się balem na "Titanicu". Rok po tamtej premierze wprowadzono stan wojenny, a grającego mistrza Fiora Gustawa Holoubka usunięto z teatru.

W kontekście wspomnianej inscenizacji obecna przygotowana przez Wojciecha Kościelniaka wydaje się pusta i blada. Dwaj główni antagoniści, hrabia Szarm i baron Firulet, są współczesnymi paparazzi polującymi na kolejne obiekty do swych portfolio. To postacie pozbawione osobowości. Pozostają bezradni jak dzieci. Reżyser, nie mając na nich pomysłu, w akcie desperacji każe im zdjąć spodnie...

Świat dzisiejszych celebrytów uosabiają Księżna i Książę. Słowa, które mówią o historii, rewolucji, właściwie nic nie znaczą, bo wypowiadane są niedbale, tak od niechcenia. Błyskotliwe komentarze Gombrowicza odlatują gdzieś w niebyt. Jeśli Albertynka (Karolina Kazoń) od każdego błysku flesza aparatu fotograficznego dostaje orgazmu, to pod koniec utworu trzeba ją rzeczywiście wsadzić nie do trumny, lecz do zamrażarki, by nie eksplodowała.

W zniewieściałym świecie dyktatorów mody pomysł, by Mistrza Fiora grała kobieta, jest całkiem logiczny. Niestety, Anna Czartoryska prezentująca się z klasą na plakacie, w spektaklu prawie nie istnieje. Wielka scena Teatru Dramatycznego obnaża niedostatki warsztatowe i bezradność większości aktorów.

Wracając do znakomitej inscenizacji Prusa. Z tonu przychylnych recenzji wyłamała się jedna, która trafnie oddaje klimat dzisiejszej premiery. Spektakl w Dramatycznym był jedynie "impresją na temat Operetki Gombrowicza. Impresją, w której niezrealizowane zamierzenia, szczątki aktorskich ról i rwący się melancholijno-proustowski nastrój toną w bezmiarze najzwyczajniejszej nudy".

Warto dodać, że napisał ją wówczas ceniony recenzent skrywający się pod pseudonimem Jan Koniecpolski, dziś wybitny dramaturg, reżyser, a od kilku miesięcy dyrektor Teatru Dramatycznego - Tadeusz Słobodzianek.»

"Sekret orgazmów Albertynki"

Jan Bończa-Szabłowski

Rzeczpospolita online

18-10-2012

 

TEATRALNY FALSTART W PAŁACU KULTURY

"Operetka" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Dramatyczny w Warszawie i "Anna Karenina" w reż. Pawła Szkotaka w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Witold Mrozek w Gazecie Wyborczej.

«Nowi dyrektorzy dwóch teatrów w sercu Warszawy rozpoczęli swoje pierwsze sezony. Wynik? Dramatyczny-Studio 0:0, z żółtą kartką dla połączonych sił tego pierwszego i Teatru Na Woli.

Pamiętacie "Metro", polską próbę zrobienia amerykańskiego musicalu z początku lat 90.? Niektórzy widzowie - dziś w okolicach trzydziestki - wspominają je z rozrzewnieniem, trochę jak gumy do żucia Turbo czy całą resztę kiczowatego sztafażu początku transformacji. Ale Broadway to to nie był. Wyobraźcie sobie teraz, że ktoś w takiej formie zrobił "Operetkę" Gombrowicza. Tylko jeszcze gorzej i dwadzieścia lat później. Takim właśnie przedstawieniem Wojciecha Kościelniaka, wyprodukowanym przez Teatr Na Woli, rozpoczął swoją dyrekcję w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy im. Gustawa Holoubka Tadeusz Słobodzianek. Jako że to spektakl musicalowy, nie bierze w nim udział żaden aktor z zespołu Dramatycznego.

Dekadencką atmosferę arystokracji doby fin-de-siecle przeniesiono w tabloidowy świat dzisiejszych celebrytów i paparazzich. Zblazowani błękitnokrwiści kobieciarze z dramatu, hrabia Szarm i baron Firulet, noszą pokaźnej wielkości aparaty i cykają fotkę za fotką. W scenografii mamy wariację na temat oskarowych statuetek. Dosłownie. W ścieżce dźwiękowej - telewizyjne oklaski z taśmy. Świat serwisów plotkarskich zaszczepiono na scenę również w postaci teatralnego ready-made. W roli Fiora, kreatora mody, wystąpiła Anna Czartoryska, księżniczka, bohaterka bulwarówek, piosenkarka i aktorka Teatru Współczesnego. Trzeba jej oddać sprawiedliwość - nie jest w niczym słabsza od większości kolegów z obsady. Nie wiem, kiedy scena Dramatycznego widziała tak złe aktorstwo, jakby wykonawcy zostali bez reżysera. Oraz publiczność rechoczącą na widok obnażonych pośladków i tym podobnych gagów.

Nie dajmy się zwieść - nie jest tak, że Kościelniak dokonuje jakiegoś dadaistycznego gestu, że swoim przedstawieniem "odzyskuje Gombrowicza" z poważnego inteligenckiego kanonu pokrytego lekką patyną dla żywiołu zabawy, niedojrzałości, anarchii. Wręcz przeciwnie, drugi i trzeci akt nie pozostawiają żadnych złudzeń: rytm scenicznej akcji się rozłazi a walące akordy wtłaczają do głów widzów sztampową interpretację niczym z licealnego bryku. Efekt jest kuriozalny. Jeżeli przywracanie widowni klasyków polskiej dramaturgii w Dramatycznym ma dalej iść w tę stronę, czekam na Weronikę Rosati tańczącą w "Tangu" Mrożka z którymś z braci Mroczków.

Nieco lepiej było w przeciwległym skrzydle Pałacu Kultury - w Teatrze Studio, świeżo objętym pieczą przez Agnieszkę Glińską. Nieco lepiej, czyli prawie przeciętnie. Paweł Szkotak pokazał "Annę Kareninę" [na zdjęciu] opartą na współczesnej adaptacji powieści autorstwa Helen Edmunson. Historię z Tołstoja opowiadają nam tu od początku obecne na scenie dwie główne postaci - Anna, oraz Konstanty Lewin, piewca etyki obowiązku i prostoty, niczym sam pisarz zafascynowany wiejskim życiem. Cały czas obecni, trochę jak narratorzy - przywołują emocje i zdarzenia.

Widać w tym przedstawieniu dyrektorskie oko. Nie tylko dlatego, że publiczność Studia miała okazję obejrzeć ulubionych aktorów Glińskiej spoza tego teatru, w tym Krzysztofa Stelmaszyka w roli Aleksego Karenina. Z najmłodszej generacji zobaczyliśmy z kolei Natalię Rybicką - niezbyt udaną Annę. A także Weronikę Nockowską, która z drugoplanowej postaci Dolly Obłońskiej - zdradzanej żony i zmęczonej matki, granej z dystansem i inteligentnym humorem, czyni jeden z nielicznych aktorskich atutów przedstawienia. Niektóre sceny, zwłaszcza te bezpośrednio powiązane z wątkiem tytułowej bohaterki, noszą tu wyraźne znamię stylu Glińskiej, doskonale znanego widowni jej licznych warszawskich spektakli. To teatr literacki, psychologiczny, traktujący ludzkie emocje serio, ale też z pewnym specyficznym chłodem. W spektaklu Szkotaka Anna wikła się w romans z Wrońskim, by uciec z pasywnego idiotyzmu życia żony z wyższych sfer. Sam hrabia-kochanek (Łukasz Simlat) jest raczej bezbarwny, a jako uwodziciel - nieprzekonujący.

I nieprzekonujący, jakby niedokończony, jest cały spektakl. Jak gdyby twórcy przedstawienia nie mogli się zdecydować, na ile pójść w ironię i kicz, a na ile melodramatyczne losy jednej z najsłynniejszych bohaterek rosyjskiej literatury potraktować poważnie. Dylemat ten wybrzmiewa najsilniej w scenie walca w płatkach sztucznego śniegu - gdy wśród walcujących par ma rodzić się namiętność, a rodzi się nerwowy chichot widza. Gwoli sprawiedliwości trzeba jasno powiedzieć - projekt Szkotaka dyrektor Glińska odziedziczyła jeszcze po swoim poprzedniku, Grzegorzu Bralu. Pełną odpowiedzialność bierze dopiero za kolejne premiery.»

"Teatralny falstart w Pałacu Kultury"

Witold Mrozek

Gazeta Wyborcza nr 241

15-10-2012