logotype
image1 image2 image3 image4

2014 X - Fortepian Pijany

"Fortepian Pijany" n/p Toma Waitsa; przekłady Roman Kołakowski; rola - Monkey; reż. Marcin Przybylski; Teatr Narodowy 

 

"Fortepian pijany" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Jacek Wakar w Dzienniku Gazecie Prawnej.
«Marcin Przybylski i jego aktorzy nie próbują w Teatrze Narodowym udawać amerykańskiego pieśniarza, śpiewać jak on. Na bazie jego songów piszą własną historię równoległą. Gdy sięgam po którąkolwiek z płyt Toma Waitsa, wiem, że za chwilę przeniosę się w jego świat - całkiem osobny i absolutnie niepodrabialny. Podobme było, gdy przed laty oglądałem jego jedyny warszawski koncert. Waits nie śpiewał w jakimś niewielkim klubie, w oparach whisky i w papierosowym dymie. Koncert odbywał się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury - Waits w gmachu imienia Stalina to samo w sobie było absurdalne. A jednak artyście udało się zamienić wielką scenę przywykłą do zupełnie innych wokalistów w knaj-piany podest tylko z fortepianem. Światło wykroiło z niej jedynie niewielki kwadrat, wszystko inne utonęło w ciemności. A sam Tom stał przed mikrofonem w znoszonym garniturze i kapelusiku, pod stopami miał kurz, który wzbijał, tupiąc nogami w rytm muzyki. Czasem też wyrzucał w powietrze garście błyszczących konfetti. To był teatr - jeden z najwspanialszych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Tego bez Waitsa nie da się powtórzyć. Nie da się zagrać autora "Black Rider" w skali jeden do jednego, zaśpiewać jego głosem, powtórzyć połamanych gestów, tak samo zabarwić spojrzenia, Marcin Przybylski o tym wie, bo z twórczością artysty mierzy się nie po raz pierwszy. Poprzednio robił to ze studentami warszawskiej Akademii Teatralnej w spektaklu "Moulin Noir", granym z powodzeniem w Teatrze Współczesnym. Tam wszakże zestawiał piosenki Waitsa z dorobkiem Nicka Cave'a i Martyna Jacąuesa z grupy The Tiger Lillies. Było ostro, chwilami perwersyjnie, czasem mrocznie i groteskowo, w końcu rzecznosi ła podtytuł "antyrewia". Gdy gra się tylko Waitsa, trzeba poszukać innego tonu. Wejść w ten świat głębiej, poszukać w sobie smutnego klauna. Uśmiech pokryć melancholią, Przybylski o tym wszystkim wie, dlatego na najmniejszej scenie Narodowego - Studio - tworzy wobec Waitsa opowieść równoległą, jest przy Wa-itsie albo obok Waitsa. Na może nadto zagraconej scenie spory tłumek ludzi. Przechodzą tędy tylko albo zostają na dłużej. Często pokraczni, a jednak jakoś nam bliscy. Przybylski sam wciela się w narratora, radiowego machera, co chce powołać do życia ansambl na wzór słynnego Buena Vista Social Club. Mają go stworzyć weterani, ludzie mocno przez życie pokiereszowani, często powykrzywiani i groteskowi Opowiadają poprzez pieśni Waitsa także swoje historie. Jego świat staje się ich światem. Nie traktują ich jednak do końca serio, bo wiedzą, że cechą sztuki amerykańskiego artysty jest dystans do rzeczywistości i ostra autoironia. I nie próbują go naśladować, ale znajdują zwykle dla tych piosenek własny ton."Fortepian pijany" nie chce odwzorowywać biografii Toma Waitsa, otrzymujemy tylko subiektywny wybór jego utworów w świetnych tłumaczeniach Romana Kołakowskiego, równie dobrze pewnie sam Marcin Przybylski mógłby zaproponować zestaw alternatywny. Autorzy widowiska bawią się raczej nie życiem swego bohatera, a zbudowanym wokół niego mitem. Przytaczają jego fragmenty, jak choćby słynną historię o narodzinach w taksówce już z pokaźnym zarostem. Waits pojawia się nawet na scenie w odbiciu Roberta Jarocińskiego, który bawi się jego twarzą, przerysowuje jego ruchy i gesty. Waitsa jednak nie gra, a tylko próbuje narysować punkt odniesienia.Sukces spektaklu w Narodowym opiera się na dwóch pokoleniach aktorów. Mamy na scenie Annę Chodakowską (wspaniałe wykonanie "Burbon mnie wypełnia"), Wiesławę Niemyską (równie dobre "Kołysanki"), wzruszającego Jerzego Łapińskiego, bawiących się swymi głosami oraz wizerunkami Waldemara Kownackiego i Jacka Różańskiego. Są to aktorzy Jerzego Grzegorzewskiego, na trwałe wpisani w jego inscenizacje. Tym razem bawią się upadłym światem wyrzutków od Waitsa, w jego songach znajdują bliską Grzegorzewskiemu groteskę, humor i wyczucie formy. I wchodzą w nie bez oporów, bawią się własnymi scenicznymi kreacjami, bywają wobec siebie okrutnie ironiczni. I wreszcie oddychają pełną piersią. Jedna z aktorek powiedziała mi po premierze, że duch Grzegorzewskiego unosił się nad tym przedsięwzięciem. To zasługa Marcina Przybylskiego.Pomiędzy dwiema aktorskimi generałami są świetnie śpiewający Monika Dryl i Mateusz Rusin, a poza nią jest w "Fortepianie pijanym" grono debiutantów lub prawie debiutantów. Paulina Szostak, Paulina Korthals, Anna Markowicz i Karol Dziuba radzą sobie bardzo dobrze. Najlepiej zapamiętałem Dziubę. Niedawno był Myszkinem w dyplomowych "Szkicach z Dostojewskiego" Mai Komorowskiej, tym razem pokazuje zupełnie inny temperament Duża skala możliwości.»

 

 

Mamy oto opuszczone studio radiowe ze ździebko archaicznym już sprzętem, mamy południe Kalifornii i mieszkańców małego miasteczka, którzy opowiadają swoje historie. I to jak opowiadają! Piosenkami Toma Waitsa, który zresztą na scenie się pojawia i do nich dołącza. To tyle jeśli chodzi o meritum, ale nie ono jest najistotniejsze jak mi się wydaje. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to ogromna przyjemność przez dwie godziny oglądać i słuchać fantastycznie utalentowanych aktorów Teatru Narodowego w znakomicie zrealizowanym i przemyślanym spektaklu. Obok doświadczonych aktorów na scenie Studio TN widzimy młodych - właściwie absolwentów Akademii Teatralnej, których reżyser przedstawienia – pan Marcin Przybylski – jeszcze niedawno był profesorem i prowadził z nimi zajęcia z piosenki. Wszyscy grają świetnie. Wszyscy. Bez fałszu, bez spinki, bez fałszywych nut (w każdym sensie),z radością tworzenia, co widać i co słychać ze sceny. Proszę koniecznie iść do teatru!

(Radio ZET Chilli)

/rt/

 

KUPUJĘ TEGO GREJPFRUTA

Jest takie zdjęcie Toma Waitsa – wśród splątanych gałęzi widnieje sylwetka artysty, stojącego w nienaturalnej pozie niczym pijana wersja atlety wyrzeźbionego przez Myrona. Zamiast dysku wokalista dzierży jednak nieodłączny kapelusz. Podobne ujęcie znajduje się na okładce EP-ki „Hold on”. Istnieje jeszcze fotografia, na której Waits przemierza pole z megafonem przy ustach. Plus niezliczona ilość zdjęć, na których przygarbiony muzyk pochyla się nad mikrofonem z papierosem zwisającym z ust. W trakcie interludiów „Fortepianu pijanego” pojawia się Robert Jarociński aka Tom Waits, wyglądający jak brat bliźniak amerykańskiego wokalisty. Przy okazji sceniczna prezencja aktora zdaje się być konglomeratem opisanych wcześniej ujęć. Jednym z rekwizytów staje się nawet wspomniany megafon. A jakie hasła padają w czasie przerw między kolejnymi songami? Whittier, Kalifornia. Kentucky Alley. Narodziny w taksówce. Anegdotka, jakoby Waits przyszedł na świat jako brodacz (niemowlęce kolki to zapewne efekt brzucha wypełnionego bourbonem?). Słowa-klucze.

O czym to wszystko świadczy? Ano przede wszystkim o tym, że reżyser, Marcin Przybylski, nie będzie dążył do stworzenia scenicznej biografii Waitsa, lecz raczej do naszkicowania swoistego portretu pamięciowego. Konfrontujemy się nie tyle z postacią artysty, co z pewną figurą, konstruktem tworzonym w umyśle odbiorcy za pośrednictwem szczątkowych informacji, anegdot, zdjęć, bon motów. Widz dostaje wyłącznie obrys czy kontur, który można wypełnić jedynie osobistymi refleksjami rodzącymi się w kontakcie z twórczością Waitsa. Dlatego nie możemy kategorycznie stwierdzić, która opowieść rodem z kalifornijskiej ciemnej uliczki czy wnętrza studia nagraniowego jest prawdziwa.

Nie o tę wiedzę zresztą chodzi, bo „Fortepian pijany” tworzą przede wszystkim piosenki w aranżacjach Andrzeja Perkmana i tłumaczeniu Romana Kołakowskiego. Utwory powołują do życia panoptikum postaci, takich jak samotna matka z aranżacji „Christmas card from a hooker in Minneapolis” zaśpiewanej przez Monikę Dryl. Nie sposób nie docenić świetnego tłumaczenia Kołakowskiego; wierność przekładu nie wyklucza zaburzenia rytmu songów. Jeżeli jednak ktoś spodziewał się wykonań a’la Waits, szorstkich, samczych, przywodzących na myśl zdarte do krwi gardło i zniszczoną z przepicia wątrobę, może poczuć się zawiedziony. Co niekoniecznie oznacza, że warszawski recital pozbawiony jest pazura. Twórcy dbają o aranżacyjną różnorodność utworów, część z piosenek klimatem znacznie odbiega od oryginału (jak choćby niesamowicie rozerotyzowane „W koloseum zmysłów”, będące aranżacją demonicznego „In the Colosseum”). Oczywiście, w repertuarze prawie dwugodzinnego przedstawienia znajdują się wykonania lepsze i gorsze, nierówności czasem widać również od strony inscenizacyjnej. Na braki czy zgrzyty można machnąć jednak ręką; efekt końcowy stanowi spójna i klimatyczna realizacja. Duża w tym zasługa scenografii i kostiumów, miksujących elementy rodem z lat 50. i współczesność oraz, przede wszystkim ruchu scenicznego opracowanego przez Annę Gryszkównę. Właściwie w trakcie każdego wykonania dalsze plany żyją swoim życiem – ktoś przechadza się za parawanem z pleksiglasu, ktoś otwiera lodówkę i pociąga łyk gorzałki, a ktoś bawi się staroświeckim młynkiem do kawy. Między każdym z planów zachodzi płynna koordynacja.

Bywało lirycznie, w pewnym momencie robi się uroczo, żeby nie powiedzieć – kiczowato. Kicz, jak to kicz, bynajmniej nie jest obrzydliwy, lecz uroczy właśnie. W trakcie wykonywania finałowej piosenki poświęconej tytułowemu pijanemu instrumentowi, dom „ożywa” za pomocą przedmiotów animowanych przez poukrywanych aktorów. To etap, w którym jest tylko „uroczo”. Nagle na lince zjeżdża z góry ogromny, skrzący się grejpfrut. To aluzja do wykonywanego na początku „Grapefruit Moon”. Tu pojawia się już kicz, trochę podlany lepkim liryzmem, a trochę puszczający perskie oczko. Kicz urokliwy, przemiła i prześliczna coda wieńcząca wieczór z szalonym bardem. Ja to kupuję.

Agata Tomasiewicz teatrdlawas.pl

 

Wszystko jest muzyką

"Fortepian pijany" w reż. Marcina Przybylskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Wszystko jest poezją - pisał kiedyś Stachura. Po tym spektaklu trzeba by mówić: wszystko jest muzyką. Bo grać tu można dosłownie na wszystkim: megafonie, młynku do kawy, wiadrze, a nawet klapie kosza na śmieci, choć ton nadaje grająca na żywo kapela Andrzeja Perkmana. W przedstawieniu Marcina Przybylskiego, który nadał sceniczny kształt i nowe brzmienia utworom Toma Waitsa, muzyka ogarnia świat i czyni go odrobinę przyjaźniejszym, choć przecież Waits - jak to Waits - nie stroni od brutalności, zderza tony liryczne, tragiczne i komiczne, nie próbuje ludzi na siłę upiększać. A jednak na koniec zwycięża miłość, gdy w brawurowym, tytułowym "Fortepianie pijanym" pojawia się Karol Dziuba, a z przodu sceny, tuż nad ramą zaimprowizowanego studia tańczą w miłosnym duecie mikrofony, z którego to tańca wynurza się wiadomy skutek - malutki mikrofonik. Czuły żart, tak jak czułością, choć nie sentymentalizmem, tchnie ten spektakl toczący się w starym studiu radiowym, w którym radiowiec maniak (Marcin Przybylski) zgromadził starszawych muzykujących amatorów i stworzył z nich urzekającą grupę śpiewających poetów, którzy czekają na spotkanie z Tomem Waitsem. Czekają dlatego, że to jego rodzinne miasteczko. I Waits na koniec przybywa, a na pewno powracają wspomnienia i legendy, a wśród nich ta, że sławny bard urodził się w taksówce, i to od razu brodaty.

 

 

Mit Waitsa

Siódmego grudnia skończy sześćdziesiąt pięć lat. Artysta doskonały, kultowy, niepodrabialny - można mnożyć podobne przymiotniki, niewiele jednak o nim mówią. Ledwo sygnalizują oryginalność tego barda kilku już pokoleń - pisze ks. Andrzej Luter.

Tom Waits to przede wszystkim artysta osobny, niezależny, gardzący blichtrem. Zawsze ten sam, jakby czas się zatrzymał. Czterdzieści lat temu i dzisiaj: to wciąż ten sam włóczęga, a raczej wędrowiec, o twarzy dzikiego pustelnika, z ironicznym półuśmiechem, w niedopasowanych i pogniecionych ubraniach, prawie zawsze w kapeluszu z małym rondem. Miejscem, gdzie zawsze najlepiej się czuł były jakieś małe jazzowe kluby i bluesowe knajpy, w których można było wypić i palić używki, i pławić się w oparach dymu. Zmieniał się w życiu, ale zawsze był i jest prawdziwy, nic fałszu. Jego muzyka sięga do amerykańskich korzeni. Zafascynowany Bobem Dylanem, duchowo był związany z beatnikami, czerpał z szalonej poezji Charlesa Bukowskiego i prozy Jacka Kerouaca.

Marcin Przybylski wyreżyserował na scenie Studio w Teatrze Narodowym przedstawienie "Fortepian pijany". Rzecz o Waitsie, a raczej o jego świecie, tajemniczym, krwistym, emocjonalnym, dramatycznym i śmiesznym jednocześnie. Przybylski, znakomity aktor, świetnie śpiewający, a jego uzdolnienia muzyczne mają w tym przypadku kluczowe znaczenie, stworzył spektakl dotykający najbardziej skrywanych słabości ludzkich, uczuć, pożądań, tajemnic, których człowiek nikomu nigdy nie zdradzi. Od tego jest sztuka.

Zapytałem reżysera o motyw podjęcia tego tematu. Odpowiada, że motywem tym była bardzo szeroko rozumiana kultura amerykańska, gdzie film drogi spotyka się z poezją beatników, jazz z komiksem, pustka teksańskiego stepu z przepychem i blichtrem Nowego Jorku, metafizyka malarstwa Edwarda Hoppera z historiami wiecznych tułaczy. "Lata temu, kiedy pierwszy raz usłyszałem Waitsa - mówi Przybylski - pozostał swoisty niepokój. Coś jak powidok, wspomnienie fragmentu filmu obejrzanego w dzieciństwie, który powraca czasem podczas snu". Tak więc na pewnym etapie poszukiwań artystycznych zainteresowała Przybylskiego ciemna strona człowieczej osobowości, a wtedy Waits pojawił się niczym naturalny punkt odniesienia. Przybylski: " Najpierw poprzez teksty. Poetyckie, ale i dosadne jednocześnie. Dopiero następnym krokiem było oswojenie jego muzyki. Wymykającej się wszelkim stereotypom". Muzyka Waitsa wykorzystuje bowiem całe pasmo amerykańskich brzmień - czarnego bluesa, białego jazzu, rock and rolla, popu, country, wreszcie ciężkich alternatywnych rockowych dźwięków, a także - jak niektórzy dodają - dźwięków "papieru ściernego i mikrofonu". "To wszystko, przesycone specyficzną teatralną stylizacją, przywołującą skojarzenia z brechtowskimi songami Kurta Weilla i przedwojennym europejskim kabaretem, spowodowało, że w twórczości Waitsa odnalazłem to, co mnie samego zawsze interesowało" - mówi reżyser.

Udało się! Spektakl w Teatrze Narodowym składa się dwudziestu kilku bardzo różnych utworów, znakomicie zaśpiewanych przez aktorów z różnych pokoleń. Konstrukcja Przybylskiego nie przypomina jednak koncertu. "Należało więc określić miejsce akcji i stworzyć bohaterów - mówi reżyser - Postaci z krwi i kości, które z porównywalnym, choć przecież nie identycznym do Waitsa, charyzmatem, interesująco opowiedziałyby jego świat. Umieściłem akcję w starym studiu radiowym, które kojarzy się z zapisywaniem rzeczywistości, aby zachować ją w jakiejś zbiorowej pamięci, z powstawaniem dźwięków, eksperymentowaniem nad nimi. Poza tym owo studio radiowe umieściłem w małym kalifornijskim miasteczku, w jakim Tom się wychowywał. Dało to szansę powołania do życia osób, które mogłyby go pamiętać. Moim założeniem było również skonfrontowanie dwóch pokoleń bohaterów. Ciekawe bowiem wydało mi się uruchomienie pełnego przekroju twórczości Waitsa".

Przybylski sam występuje w roli radiowego didżeja, który jest jednocześnie narratorem sztuki. Marzy on o powołaniu zespołu muzycznego podobnego do Buena Vista Social Club, który stworzą ludzie starzy, przeorani przez życie, dziwni, wykluczeni, samotni, czasami tragikomiczni. Waits natomiast służy reżyserowi jako zwornik poplątanych życiorysów dziwnych postaci, starych i młodych, snujących się psychodelicznie po scenie. Mit Toma, który podobno urodził się w Mieście Aniołów "na tylnym siedzeniu żółtej taksówki", staje się znakiem więzi międzypokoleniowej. "Fortepian pijany" to zatem afirmacja świata i jednocześnie krytyczny do niego dystans. W końcu Bóg i diabeł pomieszkują obok siebie w miasteczku Whittier.

Odczucie jest impulsem, które rodzi się w człowieku. Wydostaje się ono w postaci jęku albo westchnienia, śmiechu albo smutku. Tak właśnie impulsywna jest twórczość Toma Waitsa, i taki jest spektakl Przybylskiego.

 

TAK, MAM ADHD

Czasem chciałoby się zapomnieć o tym, że się umie śpiewać. O miłości do muzyki i o Tomie Waitsie rozmawiamy z Marcinem Przybylskim, reżyserem Fortepianu Pijanego – pierwszej premiery w nowym sezonie warszawskiego Teatru Narodowego.

Zacznijmy od muzyki, która w Pana życiu jest równie ważna co teatr, jeśli nawet nie na tym samym poziomie.

Od razu widzę analogię do związku damsko-męskiego.

Jaki jest ten związek?

Bywa namiętny, długotrwały, pełen przygód, ale czasem toksyczny i pełen dramatycznych zwrotów akcji. Będąc dzieckiem, kształciłem się na muzyka – kiedy koledzy grali w piłkę, grałem na skrzypcach, kiedy inni poznawali życie od tej normalnej, życiowej strony – pierwszych randek, imprez, łamania zakazów. Chciałem być muzykiem, mając jednocześnie muzyki dosyć po uszy.

Muzyka była początkiem Pana drogi. Tułaczki, którą obrał również Tom Waits.

Prawdziwa tułaczka zaczęła się, kiedy ostatecznie po dziesięciu latach szkoły muzycznej zostałem z niej usunięty za brak predyspozycji do bycia instrumentalistą. Zbliżała się matura, myślałem o prawie, socjologii, albo choćby normalnym studenckim życiu, do którego tęskniłem. I wtedy trafiłem pod opiekę Elżbiety Zapendowskiej, która prowadziła zajęcia z piosenki przy Teatrze Studio Buffo. Musical Metro stał się punktem odniesienia. Wzorcem, który łączył życie, o jakim marzyłem z muzyką, która, jak wtedy myślałem, porzuciła mnie i sprawiła, że stałem się normalsem. Zakompleksionym nastolatkiem, który nie bardzo sobie radził ze swoją wybujałą ambicją.

Powiedział Pan kiedyś w wywiadzie, że w martwym momencie, w którym nie było zbyt wiele propozycji, wybierał pan właśnie piosenkę.

Tak się złożyło. Kiedy zaraz po skończeniu studiów w Akademii Teatralnej podjąłem pracę w Teatrze Współczesnym w Warszawie, musiałem jakiś czas poczekać na tzw. swój moment. Role były niewielkie, czasem bardzo małe, nie zaspokajały marzeń młodego ambitnego mnie. Po nocach pracowałem jako prezenter muzyki klasycznej w jednej z nieistniejących już rozgłośni, a za dnia zastanawiałem się, co zrobić, żeby móc się w pełni realizować. Postanowiłem wziąć udział w konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Przez pierwszy etap przeszedłem ledwo co, ale ostatecznie udało się ten festiwal wygrać. Nierealne stało się możliwe.

Piosenka jest dobra na wszystko?

Jeśli się jest jej „konsumentem” – tak. Jeśli jej „wytwórcą” – nie zawsze. Czasem chciałoby się zapomnieć o tym, że się umie śpiewać. I żeby inni zapomnieli, że ty umiesz śpiewać, bo to prowadzi do sytuacji, kiedy padasz ofiarą „zaszufladkowania”. Wszystkim wydaje się, że już nic innego nie umiesz zrobić poza zaśpiewaniem piosenki. A to dla aktora ryzykowna rzecz – padnięcie ofiarą stereotypu na swój temat.

A zdarza się Panu wzruszyć przy muzyce?

Oczywiście. Ale tylko, jeśli tej muzyce towarzyszy jakiś kontekst. Coś, co przywołuje wspomnienie miłe bądź smutne. Jeśli przywołuje obraz konkretnego człowieka lub wydarzenia. Wtedy zdarza się uronić łzę.

Porzucamy stereotypy, że chłopaki nie płaczą...

Ten stereotyp już dawno został skompromitowany!

Co sprawiło, że sięgnął Pan po twórczość Toma Waitsa?

Chyba niepokój, jaki wywołał lata temu pierwszy kontakt z nim. Zapamiętałem stan specyficznego poczucia zagrożenia. Coś takiego jak obejrzenie fragmentu filmu, który pozostaje na dłużej i trudniej wyzwolić się z pewnego rodzaju opresji. Kiedy na jakimś etapie poszukiwań potrzebowałem zagłębić się w ciemną stronę ludzkiej osobowości, Waits powrócił. Najpierw teksty. One zwykle są dla mnie najważniejsze, są punktem wyjścia. A jak towarzyszy im intrygujące brzmienie, dobra melodia, nietuzinkowa faktura muzyczna, wybór Waitsa stał się oczywisty.

Spektakl Fortepian Pijany nie jest jednak typowym koncertem, który możemy zobaczyć chociażby na Przeglądzie Aktorskiej Piosenki. Granica między spektaklem a koncertem zaciera się.

To w ogóle nie jest koncert, chociaż zestaw 25 piosenek wykonywanych przez 13 aktorów może to sugerować. To jest jednak spektakl teatralny – ze swoimi postaciami, miejscem akcji i fabułą. Nieoczywistą i celowo zaburzoną, trochę jak w filmach Davida Lyncha, ale w końcu mając w finale utwór Fortepian pijany nie może się wszystko linearnie zgadzać. Przyczyna nie zawsze wywołuje tu oczekiwany skutek.

Ma Pan o tyle przewagę nad wieloma innymi reżyserami, że jest Pan aktorem, czemu łatwiej Panu zrozumieć niektóre bolączki kolegów na scenie. A może właściwe to przekleństwo?

Myślę, że bolączki aktora są mi rzeczywiście nieobce. Zadaniem reżysera jest je umiejętnie wydobyć i pozbyć lub też umiejętnie ukryć. Albo też zrobić z nich swoisty walor. Miałem to szczęście, że sam pisałem scenariusz tego przedstawienia. I pisałem go pod konkretnych aktorów. A ponieważ wszyscy oni są na co dzień moimi kolegami z jednego zespołu – wydaje mi się, że znam ich trochę lepiej niż ktoś, kto przyszedłby z zewnątrz. W tym wypadku chodziło o to, żeby zdobyć zaufanie, zarazić pomysłem i przeprowadzić budowanie akcji scenicznej. Pierwszy raz od wielu lat brałem udział w produkcji, gdzie nie było konfliktów, a głównie prawdziwie twórcza robota.

Obserwując Pana ostatnie dokonania, widać jak aktorstwo na równi dryfuje między reżyserią, muzyką, pracą w warszawskiej Akademii Teatralnej czy udziałem w programie talent-show.

Tak, mam ADHD. Miałem tak w dzieciństwie. I tak już najwyraźniej zostało. Uwielbiam różnorodność. Jedna dziedzina nakręca drugą, druga wywołuje trzecią. I tak już się kręci to wszystko.

Po co właściwie był Panu potrzebny udział w telewizyjnym programie typu talent-show?

Bo jeszcze tego nie robiłem. A program okazał się dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem. Łączącym wszystko, czym się dotychczas zajmowałem. Zbierającym to w kolorowej bombie telewizyjnej, mega-produkcji, kondensacji zdarzeń scenicznych, które oglądają nie dziesiątki, nie setki, ale miliony ludzi. Kontakt z tak dużą widownią był mi bardzo potrzebny. 

Samo aktorstwo nie wystarcza dzisiaj na przetrwanie kolejnego sezonu?

Wystarcza. Można by się zajmować tylko nim. Ale po co?

Tom Waits od początku swojej drogi wybrał rolę tułacza. Dokąd Pan zmierza?

Myślę, że ta tułaczka Waitsa była i jest po części prawdą, po części legendą i kreacją. W twórczości i życiu Toma było zapewne wiele przypadków, ale na pewno bardzo dużo pracy. By stworzyć dla swojej sztuki tak wyraźny charakter, trzeba być nie tylko utalentowanym, ale bardzo konsekwentnym w ciągłych poszukiwaniach. Myślę, że ciągłe poszukiwanie i zadziwianie się światem wyznacza drogę, którą się zmierza. Tą drogą idę. A dokąd dojdę – nie mam pojęcia.

Jacek Górecki - "entertheroom.com"

8 listopada 2014