logotype
image1 image2 image3 image4

2012 VI - W mrocznym mrocznym domu

"W mrocznym mrocznym domu" Neila LaBute'a; reż. Grażyna Kania; rola - Drew; Teatr Narodowy

RECENZJE

BLUSZCZ I ŻWIR

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Symboliczny sens tego dramatu został wyłożony w sugestywnej scenografii: horyzont sceny zajmuje ściana bluszczu, odgradzająca bohaterów od świata zewnętrznego niczym mury więzienia, ale też unaoczniająca, że bluszczowatość jest cechą charakterystyczną jednego z bohaterów, Drew (Marcin Przybylski), który wciąż domaga się opieki od brata, Terry'ego (Grzegorz Małecki). Znakiem wnętrza Terry-'ego jest chrzęszczący żwir, którego gruba warstwa zajmuje powierzchnię sceny. Jest to symbol wewnętrznego poranienia, cierpienia.

W tak naznaczonej przestrzeni rozgrywa się ostateczne starcie, które może zaowocować wyjaśnieniem źródeł groźnego napięcia między braćmi. Ale nawet wyjawienie tajemnicy z przeszłości nie przyniesie rozwiązania - nie wszystko jest tu pewne, a nawet wątpliwe, tak jak wynik spotkania Terry'ego z Jennifer (Milena Suszyńska), córką niegdysiejszego czarującego uwodziciela młodych chłopców. Ubóstwiana przez Amerykanów metoda odzyskiwania równowagi drogą przezwyciężania mroków dzieciństwa postawiona została w stan podejrzenia, zwłaszcza że wygodną kozetkę psychoanalityka zastępuje tu uwierający żwir. Ta niepewność jest siłą dramatu, w którym dojrzałe kreacje stworzyli aktorzy - Marcin Przybylski jako rozhisteryzowany manipulator, trawiony nałogami człowiek sukcesu, Grzegorz Małecki jako skazany na klęskę, odtrącony, niechciany syn, tłumiący z widocznym wysiłkiem wewnętrzną burzę emocji, i Milena Suszyńska jako młodziutka dziewczyna, z pozoru tylko pierwsza naiwna, kandydatka na ofiarę, która może się okazać wampirem.

Świetna, trzymająca w napięciu sztuka, odsłaniająca mroki rodzinnego piekła.

"Bluszcz i żwir"

Tomasz Miłkowski

Przegląd nr 25/24.06

19-06-2012 

 

MROK

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki w Zwierciadle.

Na żwirze człowiek traci równowagę, gdy zbyt gwałtownie skręca. Gdy się miota. Drobny żwir i ściana obrośnięta bluszczem stanowią całą dekorację kameralnego spektaklu na scenie Studio w Narodowym. Aktorzy są jak na widelcu: można się przyglądać, jak Marcin Przybylski przykrywa skrępowanie sztuczną wesołością, jak całe ciało Grzegorza Małeckiego się napina. Widać, że między scenicznymi braćmi nabrzmiewa potężny wrzód maskowany pustą gadaniną; gdy pęknie, emocjonalną erupcję będziemy śledzić z zapartym tchem. Wzorowa robota i obu protagonistów, i Mileny Suszyńskiej w epizodzie. A sens? Można by sądzić, że LaBute, godny następca mistrzów amerykańskiego dramatu psychologicznego, machnął rutyniarski kawałek z serii: wszystkie źródła traum dorosłego człowieka są w jego dzieciństwie. Jednego brata wygnano i do dziś żyje na uboczu, drugi ma żonę, dzieci i kwitnie. Banał? Niekoniecznie, ponieważ wcale nie wiadomo, kto tam był katem, kto ofiarą, kto Kainem, a kto Ablem. A gdy wrzód już pęknie, z rany leją się nie tylko wzajemne wyrzuty, przeważają świadectwa zwykłej nikczemności, nielojalności, złości. W dzisiejszym świecie - mówi teatr - nie ma miejsca ani na katharsis, antyczne oczyszczenie, ani na leczenie kompleksów metodami naiwnych psychoanalityków. Z mrocznego domu wychodzi się z mrokiem w sobie i idzie w mrok, ślizgając się na pięknym żwirku sceny.

Na dobry początek Tołstoj w studio premiera 5 października

Inauguracja nowej dyrekcji jest jak expose premiera: ustanawia priorytety, nakreśla ambicje, ujawnia atuty. Nowa dyrektor teatru Studio Agnieszka Glińska na start proponuje "Annę Kareninę". Klasykę wielką, ale powieściową, nie sceniczną; epos o miłości i poniżeniu kobiety. Do XlX-wiecznego tytułu użyta zostanie nowa, angielska adaptacja, reżyserować będzie Paweł Szkotak, szef słynnego na świecie teatru Biuro Podróży oraz Teatru Polskiego w Poznaniu stanowiącego dobry przykład sceny środka. W tę też stronę pewnie pożegluje warszawskie Studio. W tytułowej roli Natalia Rybicka, jeszcze przed chwilą Ofelia w "Hamlecie" we Współczesnym.

"Mrok"

Jacek Sieradzki

Zwierciadło nr 10/2012

26-09-2012

KTO KAINEM, KTO ABLEM

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Aneta Kyzioł w Polityce.

Sztuka współczesnego amerykańskiego dramatopisarza to świetnie napisany, wciągający thriller psychologiczny. Braci Terry'ego (Grzegorz Małecki) i Drew (Marcin Przybylski) łączy i jednocześnie dzieli trudne dzieciństwo. Dwie dekady później Terry jest zamkniętym w sobie, nieprzyjemnym typem, a Drew egoistycznym królem życia, który z balansowania na granicy prawa i przyzwoitości uczynił ulubioną dyscyplinę sportu. Kiedy sprawy się komplikują, nadchodzi czas rozliczeń. A że chodzi o dzieciństwo - więcej tu fikcji i mitologizacji niż faktów. Nic nie jest jednoznaczne, Kain i Abel kilkakrotnie zamieniają się rolami, a autor kpi z modnych teorii psychologicznych i zadaje pytania o (determinujący?) wpływ pierwszych kilkunastu lat na resztę życia człowieka.

Grażyna Kania postawiła na aktorów. Grają tuż przed oczami widzów, na tle ściany bluszczu, która wraz ze żwirem stanowi całą scenografię. Przybylski i Małecki rozkręcają się powoli, ale kiedy już wejdą w rytm, stopią się z postaciami, ich pełne napięcia dialogi robią wrażenie. Świetna jest też pojawiająca się w środkowej części spektaklu Milena Suszyńska w roli nastoletniej Jennifer.

"Kto Kainem, kto Ablem"

AK. [Aneta Kyzioł]

Polityka nr 24/13-19.06.

12-06-2012

W MROCZNEJ MROCZNEJ MATNI

"W mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Agata Tomasiewicz w serwisie Teatr dla Was.

Przez wiele lat rodzina funkcjonowała w zbiorowej świadomości jako monolit nie do skruszenia. Z biegiem czasu w podstawowej komórce społecznej zaczęto upatrywać źródła wszystkich późniejszych frustracji i kompleksów. Ekspansja środków masowego przekazu przyczyniła się do przekucia najintymniejszych doświadczeń w ekshibicjonizm w tabloidowym wydaniu. W takim układzie wytwarzanie zbiorowego współczucia zbyt łatwo może przerodzić się w niezdrowy voyeuryzm. Tymczasem rzeczywistość pokazuje, że nawet brutalna wiwisekcja nie jest w stanie zaleczyć traum, wręcz przeciwnie - pogłębia dystans pomiędzy pokrzywdzonymi. O takiej relacji opowiada spektakl Grażyny Kani, oparty na sztuce amerykańskiego twórcy, Neila LaBute'a.

Scena jest miejscem agonu dwóch spotykających się po latach braci. Areną emocjonalnej konfrontacji staje się patio zasypane żwirem. "Mur" zarośnięty bluszczem symbolicznie odgradza bohaterów od świata zewnętrznego. W seansie frustracji nie będzie uczestniczył żaden arbiter, co sugeruje nasilenie konfliktu. Drew (Marcin Przybylski) znajduje się w patowej sytuacji. Potrzebuje zeznań swojego brata Terry'ego (Grzegorz Małecki) aby uniknąć kary za jazdę samochodem pod wpływem środków odurzających. Okolicznością łagodzącą ma być uraz wyniesiony z dzieciństwa - seksualne molestowanie Drew przez przyjaciela domu. Trudno weryfikowalne z perspektywy lat doświadczenie zostaje wykorzystane jako usprawiedliwienie ekscesów w dorosłym życiu. Kolejna konfrontacja ma miejsce na przyjęciu z okazji uniewinnienia Drew. Ta część jest poświęcona wiwisekcji wspomnień Terry'ego, co postawi cały układ relacji pod znakiem zapytania.

Małecki i Przybylski tworzą bardzo dobre kreacje oparte na myleniu tropów, igrające ze złudnością i pobieżnością osądów. Początkowo sympatia widza stoi po stronie tego, kogo uważamy za ofiarę. Drew Przybylskiego postrzegany jest jako ten naznaczony nieusuwalnym piętnem. Jego zachowanie jest wyraźnie impulsywne - objaw nerwicy czy też może manifestacja pragnienia uzewnętrznienia? Terry Małeckiego ustawiony został w wyraźnej opozycji do brata - jest zdystansowany, "dośrodkowy", cedzi opryskliwe słowa, zaciśnięte pięści trzyma w kieszeni, jakby z trudem powstrzymywał się od ataku. Mając na uwadze jego zamkniętą postawę podszytą szyderstwem, trudno, żeby mógł wzbudzić czyjekolwiek współczucie. Sytuacja zmienia się diametralnie w trakcie drugiej konfrontacji, kiedy Drew zrzuca kostium ofiary. W tym momencie to on okazuje się być beneficjentem wszystkich darów losu. Z kolei Terry w poruszającym wyznaniu odsłania mroczną podszewkę swojego życia.

Rodzeństwo znajduje się przeważnie w sporym dystansie przestrzennym. Co jakiś czas to oddalenie zostaje przełamywane przez rękoczyny. Bójki bohaterów wyglądają realistycznie, miejscami - wstrząsająco. Dzieje się tak głównie dlatego, że Terry i Drew, zamiast dać się ponieść spektakularnej jatce, częściej zwierają się w klinczu. Niekiedy agresja bohaterów wygląda na zbyt wyreżyserowaną. Świadczy to o tym, że prawdziwa bliskość między nimi nie może zaistnieć w żadnym aspekcie, nawet w cielesnym zwarciu. Akty agresji nie są oczyszczającą erupcją emocji, raczej próbą sił, w której żadna ze stron nie jest w stanie dowieść swojej przewagi.

Sceny konfliktu między braćmi przedziela epizod z udziałem młodej Jennifer. Milena Suszyńska gra nimfetkę z werwą i komediowym zacięciem. W swojej roli balansuje na granicy przerysowania, lecz prawdopodobnie wynika to stąd, że Jennifer jest - przynajmniej w pewnej mierze - fantazmatyczną projekcją Terry'ego. Później dziewczyna obnaża przed starszym mężczyzną swoją bezradność, ale nie jest już w stanie wyplątać się z flirtu. Flirtu toksycznego i niebezpiecznego, zważywszy na to, że Jen jest córką oprawcy z dzieciństwa Terry'ego. Motywacje mężczyzny pozostają niejasne. Czy powodem zadzierzgnięcia ryzykownej relacji była chęć wyjaśnienia istoty zajścia sprzed lat? Próba zanegowania własnych podejrzeń o homoseksualizmie? Czy też może usilne poszukiwanie bliskości, mając na uwadze, że to właśnie zboczeniec był jedyną osobą, która - co prawda w wykrzywiony sposób - okazywała ją chłopcu? Ostatecznie, Terry w trakcie finałowego wyznania wspomina, że to właśnie pedofil "podarował mu czułość i miłość". Być może mężczyzna traktuje Jen jako inkarnację człowieka, który odmienił jego życie na zawsze.

Tytuł "W mrocznym mrocznym domu" przypomina konstrukcję fraz dziecięcych baśni, opartą na motywie echa. Spektakl Kani wykorzystuje pewien przetworzony baśniowy trop - rywalizację zwaśnionych braci. Jednakże tutaj podważono jaskrawą i wygodną dychotomię dobro-zło. Bracia do końca pozostaną skonfliktowanymi pierwiastkami. Ich konfrontacja nie doprowadzi do wyegzorcyzmowania lęków dzieciństwa, wręcz przeciwnie - do pogłębienia erozji stosunków rodzinnych. Być może więzi między braćmi mógłby przywrócić do równowagi jakiś bezstronny moderator. Bo dopóki Terry i Drew egzystują zasklepieni w toksycznej relacji, będą okopywać się we wzajemnych uprzedzeniach.

Inscenizacja nie objawia rozwiązania konfliktu, a nawet rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. I właśnie to stanowi o mocy oddziaływania przedstawienia. Spektakl jest oparty na klaustrofobicznym układzie zamknięte-otwarte - aspektów przejawiających się na poziomie fizycznym, psychicznym i emocjonalnym. Czczy słowotok sąsiaduje z niepokojącymi pauzami, dystans przestrzenny z szamotaniną, wyglansowany bon ton z wulgarnością i wreszcie bolesna spowiedź z przemilczeniem. Te fluktuacje sprawiają, że "W mrocznym mrocznym domu" jest nie tylko spektaklem bardzo dobrym pod względem warsztatowym, ale również poruszającym najczulsze struny, co nie zdarza się tak często we współczesnym teatrze. Grażyna Kania udowadnia, że kontrowersyjny materiał nie wymaga obróbki spod znaku modnego niegdyś nurtu in-yer-face, by wywołać wstrząs.

"W mrocznej mrocznej matni"

Agata Tomasiewicz

Teatr dla Was

03-11-2012

 

KONIEC DOMOWYCH BAŚNI

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Szymon Spichalski w serwisie Teatr dla Was.

Teatr Grażyny Kani bezustannie ewoluuje. Reżyserka bierze co najlepsze z niektórych zjawisk teatru na zachodzie. Jej przedstawienia opierają się głównie na kameralnych dramatach. Pewnym standardem stały się teksty, w których nie pojawiają się więcej niż trzy postacie. Widzowie obcujący dłużej z teatrem z pewnością znają upodobanie Kani do narzucania szybkiego tempa. Zza iście thrillerowych rozwiązań wyłaniają się jednak prawdy o ciemnych stronach ludzkiej osobowości. Sensacyjna akcja nabiera psychologicznej ciężkości.

"W mrocznym mrocznym domu", zrealizowane w Teatrze Narodowym, wskazuje na dalsze podążanie tą samą drogą. Tylko że jest to w przypadku tego spektaklu bardziej stonowane. Suspens ustępuje miejsca psychodramie. W "Sierotach" (Teatr Powszechny w Warszawie) pewne było przynajmniej to, że ktoś został pobity lub zamordowany. Wskazywały na to plamy krwi. Przedstawienie w Narodowym unika wszelkich ,,oczywistości". Nie ma w nim tak intensywnej interakcji. Wszystko rozgrywa się pod podszewką. Co więcej, przedtem Kania przedstawiała na scenie to, co działo się ,,tu i teraz". W historii o dwóch braciach i dziewczynie przeszłość wtłacza się drzwiami i oknami.

Trójka aktorów z Narodowego to chyba jeden z najlepszych zespołów, z jakim przyszło pracować Grażynie Kani. Drew Marcina Przybylskiego jest typowym cwaniaczkiem. Adwokatem, którego wyrzucono z pracy po rażącym zaniedbaniu kodeksu etycznego swojego zawodu. Odzywa się do swojego brata dopiero wtedy, gdy potrzebuje jego pomocy. Drew jest w rzeczywistości zwykłym konformistą, choć pozuje na pewnego siebie i przebojowego buntownika. Już jego kostium - koszula i sweter - wskazują na to, że pozostaje więźniem społecznych konwenansów. Mężczyzna jest jednak przede wszystkim zniewolony przez własne kłamstwa, które determinują akcję przedstawienia. Przybylski prezentuje osobowość hipokryty, który co chwila kaja się w akcie udawanego żalu. Gdy przychodzi chwila ostatecznego zdemaskowania, możemy zadać sobie pytanie: czy to na pewno koniec oszustw Drew?

Terry (Grzegorz Małecki) jest przeciwieństwem swojego brata. Zamknięty w sobie samotnik, znerwicowany, duka zdania przyduszonym głosem. Ale do czasu, gdy wzbierają w nim emocje. Chce pomóc bratu (,,jak zawsze"). To wsparcie wiąże się jednak z rozgrzebywaniem ran. Mężczyzna sięga do epizodu z przeszłości, który wpłynął na całe jego życie. Nieudane związki z kobietami czy społeczna alienacja są skutkiem dramatycznych relacji z rodziną i tajemniczym przybyszem. Terry wydaje się być bogiem zemsty, ale w swoim wymierzaniu sprawiedliwości staje się zaślepiony. Nic nie usprawiedliwia tego, jak był traktowany w dzieciństwie. Ale nie można mieć wątpliwości, że odpowiada patologią na patologię. Małecki cały czas pozostaje na scenie, stąd pewnie bierze się niekiedy oszczędność jego gry. Innym razem kreacja przechodzi w przesadę, kiedy kolejne znaki nerwicy aktor próbuje wyolbrzymiać. Potknięcia te można jednak usprawiedliwić dużym wysiłkiem fizycznym.

Jennifer jest córką czwartej, niewystępującej bezpośrednio w dramacie, ale nie mniej istotnej postaci. Szesnastolatka okazuje się zaskakująco dojrzała jak na swój wiek. Milena Suszyńska za wszelką cenę stara się nadać dziewczynie emocjonalny kontrast. Skutkuje to udaną rolą, z kilkoma świetnymi momentami. Szczególnie wtedy, gdy Jennifer świadomie podrywa Terry'ego. Panikuje nagle, gdy flirt dochodzi do skutku. Bohater Małeckiego wyraźnie dąży ku młodej Jen - może to chęć odzyskania utraconej młodości?

Takich niedopowiedzeń jest w spektaklu więcej. Na szczęście brak konkretu jest w tym wypadku zbawienny. Powracająca przeszłość zostaje odzwierciedlona przez scenografię. Wysoki żywopłot wskazuje na to, że wspomnienia z ,,mrocznego domu" zarosły i odeszły w niepamięć. Ale żwir pod nogami aktorów mówi już co innego. Coś się sypie, trzaska, wydobywa z zakamarków pamięci. To, co było, powraca i niczym walec nadal wpływa na teraźniejszość. Nieistotne jest to, że spektakl chwilami nadmiernie zwalnia tempo, a niektóre partie tekstu La Bute'a zamieniają się w pustosłowie. Kania stworzyła spektakl dwuznaczny. Pojawia się w nim motyw przebaczenia. Abel wybacza Kainowi. Ale kategoria winy jest tutaj tak nieoczywista, że trudno uznać ,,W mrocznym" za widowisko z morałem. W dodatku można mieć wątpliwości, czy sędzia ma prawo do wydania wyroku Terry ma wyjechać z Jennifer. Pod koniec wyciąga jej klucze i upuszcza je na ziemię. Czy wobec rozprawienia z przeszłością porzuca myśl o wyjeździe? Czy to ma być akt porzucenia ,,wczoraj" na rzecz jutra? Tylko czemu dziewczyny nie ma w pobliżu? Może ją porzucił? Może - w swoim szale zemsty - zrobił jej krzywdę?

Właśnie ten ostatni gest wprowadza najwięcej obiekcji. Kania po raz kolejny uniemożliwia jednoznaczną ocenę swoich postaci i stworzonych sytuacji. Świetne aktorstwo wypełnia tę formę żywymi emocjami. W końcu, jak udowodnił Michael Haneke czy twórcy japońskich horrorów, najbardziej dręczy nas to, co ukryte.

"Koniec domowych baśni"

Szymon Spichalski

Teatr dla Was

07-06-2012

 

TEATR JAK OSTRZE NOŻA

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym i "Hamlet" w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Jacek Wakar w Więzi.

Amerykański pisarz Neil LaBute wydawał mi się do tej pory dostarczycielem nie najgorzej skrojonych sztuk obyczajowych, w których z wprawą mieszał sprawdzone składniki. Odrobina psychologii, źdźbło sensacyjnej intrygi, łyżeczka seksu, na okrasę coś z pogranicza normalności i ekscesu. Taka była choćby "Gruba świnia", a przede wszystkim grany przed kilkoma sezonami, jak Polska długa i szeroka, "Kształt rzeczy". Nigdy nie byłem przesadnym zwolennikiem twórczości LaBute'a, uważając, że jego miejsce jest raczej w scenariopisarstwie, co zresztą skrzętnie wykorzystał Hollywood, by potem schlebiać sobie, że zatrudnia również artystów ze zdecydowanie wyższej niż standardowa półki. W mrocznym mrocznym domu to jednak inna klasa, inny ciężar, inny gatunek. Narodziny pisarza poważnego kalibru. Kogoś, kto może uważać się - przy zachowaniu wszelkich proporcji - za pełnoprawnego spadkobiercę najlepszej tradycji amerykańskiego dramatu, uosabianej przez Tennesse Williamsa oraz Eugene'a O'Neilla.

Mordercza psychodrama

Niektórzy byli przekonani, że skoro Grażyna Kania pracuje i wykłada głównie w Niemczech, do reszty przesiąkła tamtejszym teatrem, a w szczególności tym, co przynajmniej mnie w nim raczej odrzuca, niż do niego przyciąga - dosłownością przechodzącą w łopatologię, odwzorowywaniem rzeczywistości w skali jeden do jednego. Kania nigdy nie stała się jednak niewolnicą takiego stereotypu. Co prawda "Beczką prochu" Dejana Dukovskiego w gdańskim Teatrze Wybrzeże (2002) spełniła zapotrzebowanie na dostarczenie widzom sporej dawki modnego wówczas szoku, ale szukała też inspiracji w klasyce, realizując bez sukcesu Woyzecka Buchnera we Wrocławiu oraz nieznaną wcześniej sztukę Ódóna von Horvatha "Wiara, nadzieja, miłość" w warszawskim Dramatycznym. Prawdziwy reżyserski pazur pokazała jednak w nurcie przedstawień kameralnych, gdzie aktorzy są niczym obserwowane przez lupę obiekty. Tak było w "Blackbird" Harrowera znów w Dramatycznym, kiedy wspaniale partnerowali sobie Julia Kijowska oraz Adam Ferency, a także w poprzednim sezonie w stołecznym Teatrze Powszechnym. Spektakl nazywał się Sieroty, a oparty był na tekście Dennisa Kelly'ego, młodego brytyjskiego autora, który od kilku lat mąci spokój na tamtejszych scenach. Sieroty wyglądały, jakby były dla Kani pisane. To gęsta od emocji opowieść o młodym małżeństwie, na własnej skórze doświadczającym wszechobecnego wielkomiejskiego strachu. W "Sierotach" każdy przechodzień mógł okazać się mordercą, drobna sprzeczka zaś miała wszelkie szansę, by przeistoczyć się w prawdziwą jatkę, najchętniej o rasistowskim podłożu. Nieoczekiwane spotkanie Kani z dramatem LaBute'a przyniosło rewelacyjne efekty.

"W mrocznym mrocznym domu" wystawiono na Scenie Studio - najmniejszej scenie Teatru Narodowego, przeznaczanej zwykle na artystyczne eksperymenty, utwory trudne, adresowane do hermetycznej raczej widowni. Tymczasem Grażyna Kania nie próbuje wykorzystywać sztuki LaBute'a na gierki z publicznością, nie zamienia przedstawienia w przegląd tricków, dyktowanych przez ostatnie mody. Przeciwnie, jeśliby spojrzeć na konstrukcję spektaklu, trudno by było znaleźć bardziej tradycyjny. Trzy akty, trzy naładowane napięciem rozmowy między bohaterami - wpierw Terrym (Grzegorz Małecki) i Drew (Marcin Przybylski), potem Terrym i Jennifer (Milena Suszyńska), wreszcie znów między Terrym i Drew. Poza aktorami nie ma nic. Tylko żywopłot zamykający scenę i jasny żwir pod nogami.

Kania powraca do pierwotnej definicji teatru, mówiącej, że mamy z nim do czynienia wtedy, gdy chociażby jeden wykonawca rozmawia choćby z jednym widzem. Dlatego trzeba wejść mocno w klaustrofobiczny świat dramatu LaBute'a oraz inscenizacji w Narodowym. Zresztą nie jest to trudne, bo widowisko chwyta za gardło i trzyma w mocnym uścisku od pierwszej chwili do ostatniej.

Terry i Drew to bracia. Rozdzieliło ich życie, miłość gdzieś się tli, lecz zastępuje ją z trudem skrywana niechęć. Podczas dwóch spotkań wyjdą na jaw mroczne tajemnice z przeszłości, opadną maski. Mężczyźni odkryją przed sobą własne lęki i obsesje. Pod spodem zaś jest przerażający temat pedofilii, na którym teatr wykładał się często, zamieniając przedstawienia w interwencyjną publicystykę. W mrocznym mrocznym domu unika jednak tej pułapki, bowiem nic tutaj nie jest jednoznaczne. Kat może być tylko czułym kochankiem, ofiara zaś wspólnikiem występku. Tak czy inaczej rany zostają. Warto patrzeć na seans w Narodowym jak na morderczą psychodramę. Rzadko zdarza się, by spektakl tak bezkompromisowo masakrujący widza okrucieństwem opisywanej rzeczywistości na koniec przynosił poczucie oczyszczenia. Tu tak jest.

Siła fatum

Rzecz to niecodzienna przede wszystkim dzięki aktorom. Młoda Milena Suszyńska ucieka od stereotypu przesiąkniętej seksem nimfetki, łącząc w roli Jennifer epatowanie rodzącą się w niej seksualnością z goryczą dziewczyny bez przyszłości i bez wiary w ludzi. Marcin Przybylski gra faceta, który brzydzi się własnym konformizmem, ale traktuje go jako warunek konieczny, by utrzymać się na powierzchni życia. Pod jego jowialnością, pod słownymi żartami i szerokimi gestami, pod manifestowaną na pokaz witalnością jest samo zagubienie, a może nawet zakwestionowanie własnej tożsamości. Drew Przybylskiego istnieje tylko dlatego, że popycha go do tego otoczenie. Wreszcie Grzegorz Małecki. Kiedy patrzyłem z przejęciem na jego kreację, przychodził mi do głowy |anusz Gajos w znakomitym "Simpatico" Shepharda, reżyserowanym przez Mariusza Grzegorzka w warszawskim Teatrze Powszechnym. Sprawdziłem datę - to było w roku 1999, a ja mam ciągle tę wspaniałą rolę przed oczami. Gajos pokazywał rozłożone na dwie i pół godziny studium wewnętrznego rozpadu swego bohatera. Zaczynał pewny siebie, zdecydowanym ruchem zaczesywał włosy. I działo się coś nieprawdopodobnego - ów gest gładzenia czupryny stawał się nagle nerwowym tikiem nie do opanowania, coraz częściej, częściej i częściej. Na koniec Carter Gajosa leżał zwinięty na scenie. Strach go pokonał. Strach go zabił.

Z Terrym Grzegorza Małeckiego jest podobnie. Zaczyna rolę spokojnie, mówi miękko, cedzi słowa. Tylko lekko pochylona sylwetka, napięte mięśnie zdradzają, że to jednak poza, bo nie wszystko jest z nim w porządku. Potem zaś Małecki, niczym Gajos przed laty, przeprowadza na swej postaci precyzyjną operację cięcia skalpelem otwartej rany. Terry co chwila pęka, ale agresją próbuje to zatuszować. Wreszcie przestaje kontrolować swoje ciało, targane ledwo dostrzegalnymi nerwowymi konwulsjami, aby na koniec rozsypać się w proch. Wstrząsająca rola, nie można od niej oderwać oczu.

Grzegorz Małecki grał znakomicie w "Księżniczce na opak wywróconej", w Umowie, był świetnym Edkiem w ostatnim Tangu Jerzego jarockiego. Dotychczas traktowaliśmy go jako specjalistę od postaci wymagających połączenia komediowej rodzajowości z powściąganym okrucieństwem, jakąś trudną do nazwania grozą. Terry z przedstawienia Grażyny Kani to jego najważniejsze dotychczas osiągnięcie. Największa z męskich ról tego sezonu, w której odbija się esencja frapującego dzieła Neila LaBute'a. Okazuje się, że W mrocznym mrocznym domu odwołuje się nie tylko do amerykańskiej tradycji dramatycznej, ale także do biblijnej historii Kaina i Abla, a także - jakże wyraźnie! - do antyku. To stamtąd przychodzi przecież ciążące nad Terrym i Drew fatum, fenomenalnie pokazane przez Kanię i jej aktorów.

Piorunujące wrażenie

Monodramem - skądinąd nieudanym - był przed laty "Hamlet" legendarnego Roberta Wilsona. Widowisko Macieja Englerta w warszawskim Teatrze Współczesnym przynajmniej na pierwszy rzut oka z popisem jednego aktora nie ma nic wspólnego. Najpierw, pomimo wszelkich zastrzeżeń, powiedzieć trzeba, że inscenizacja ta ze wszech miar zasługuje na szacunek. W czasach, gdy normą jest z klasycznych dzieł zostawiać jedynie szkielet (a czasem i to nie) szef Współczesnego postanawia wsłuchać się w Szekspira. Zagrać go niemal bez skrótów, przypomnieć, jak brzmi Hamlet taki, jakim go autor napisał. Niczego sobie ani zespołowi nie ułatwia, bo to naprawdę nie lada ekwilibrystyka stłoczyć na ciasnej scence przy Mokotowskiej kilkudziesięciu wykonawców. W dodatku wybrał Englert dla nich wciąż jeszcze kanoniczny, ale już niewątpliwie archaiczny, XIX-wieczny przekład Józefa Paszkowskiego. Z tą akurat decyzją reżysera bym polemizował. Może dlatego, że bardzo cenię tłumaczenie Stanisława Barańczaka, albo dlatego, że aktorzy Współczesnego łamią sobie języki na archaicznych frazach. Przynajmniej na płaszczyźnie słów nie jest to Szekspir współczesny.

Być może Maciejowi Englertowi wcale nie o takiego "Hamleta" [na zdjęciu], a o ponadczasowego, chodziło. W jego przedstawieniu pojawiają się sceny i postaci, które zazwyczaj przy inscenizacjach arcydramatu Szekspira padają ofiarą flamastra inscenizatora. Tu są, ale niewiele wnoszą. Sprawiają, że spektakl ciągnie się przez cztery godziny, w zbyt małym jednak napięciu. Wydaje się, że lektura "Hamleta", prawdopodobnie wzorcowa, zastąpiła Hamleta interpretację. Paweł Szkotak w Teatrze Polskim w Poznaniu niedawno poprzez tragedię Szekspira opowiadał o zdegenerowanym świecie dzisiejszej polityki. We Współczesnym nie ma podobnych odniesień. Nie sugeruję, że znakomity reżyser miał zanurzyć tekst w sosie pseudonowoczesnych tricków. Mówię tylko, że cierpi na tym wyrazistość widowiska. Nierównego aktorsko, bo oprócz znakomitej, choć niedokończonej jeszcze na premierze roli Andrzeja Zielińskiego (Klaudiusz), świetnego epizodu Janusza Michałowskiego (Duch Ojca Hamleta) oraz właściwie okonturowanej Gertrudy Katarzyny Dąbrowskiej są w nim większe partie i drobiazgi zdecydowanie słabsze. Trudno mi też zrozumieć zasadę kierującą kostiumami projektu Anny Englert, nie przypominam sobie tak nieznośnie ilustracyjnej i przewidywalnej teatralnej muzyki, choć jej autorem jest mistrz w swym fachu - Zygmunt Konieczny.

Byłby więc Hamlet we Współczesnym zrodzoną ze szlachetnych intencji porażką, gdyby nie fantastyczny Borys Szyc w roli tytułowej. Nie jest to wielka niespodzianka, grał przecież już wspaniale Płatonowa u Agnieszki Glińskiej oraz Józefa K. w "Procesie" Englerta. Jednak Hamlet jest przy bohaterach Czechowa i Kafki jak Mount Everest przy nieco mniej znaczących ośmiotysięcznikach. Znać, że Szyć przez długi okres prób dowiedział się o nim niemal wszystkiego. Każde wypowiadane słowo zostało przez niego przetrawione, przepracowane do spodu, dlatego każde robi piorunujące wrażenie. Wszystkie zaś układają się w opowieść o człowieku piekielnie inteligentnym, niemającym wobec zgnilizny świata jakichkolwiek złudzeń. Hamlet Szyca próbuje się przed nią bronić ostrą ironią, a przed własną bezradnością - autoironią. Bywa ekstrawagancki, aby za chwilę zapaść się w sobie. "Być albo nie być" mówi półgłosem, nie patrząc na widzów. Tak jak Małecki skojarzył mi się z Ga-josem, tak patrząc na Borysa Szyca w roli Hamleta przypomniałem sobie Jerzego Radziwiłowicza jako Konrada w Dziadach - dwunastu improwizacjach Jerzego Grzegorzewskiego w krakowskim Starym Teatrze. Mówił Wielką Improwizację prawie szeptem, przytulony twarzą do marmurowej kolumny. Podobna siła, takie samo skupienie na widowni.

Wściekłość i współczucie

Terry Małeckiego i piorunujące W mrocznym mrocznym domu w Narodowym, wspaniały Hamlet Szyca w niedoskonałej, choć jakże ważnej inscenizacji Macieja Englerta. Dwie wielkie role, konstruowane precyzyjnie, bolesne, trudne w odbiorze, a jednak ani przez chwilę nietracące kontaktu z publicznością. W Terrym Małeckiego młodzi zobaczą może jednego z najbardziej godnych współczucia bohaterów, jakich ostatnio dały nam i teatr, i kino. Hamlet Borysa Szyca, choć mówi Paszkowskim, stanie się może odbiciem ich zagubienia, gorzkiego, obronnego śmiechu, ich wściekłości. Na spektakl we Współczesnym, choć trwało Euro, a on sam trwał blisko cztery godziny, nie można było w czerwcu wetknąć nawet szpilki, Grzegorz Małecki, Borys Szyc: mamy następców naszych największych?

"Teatr jak ostrze noża"

Jacek Wakar

Więź nr 8-9/08-09.2012

29-08-2012

TEATR ODKRYWA KOLEJNE KRĘGI DZIECIĘCEGO PIEKŁA

"W mrocznym mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Jacek Cieślak w Rzeczpospolitej.

«"W mrocznym, mrocznym domu" to przerażająca historia z porywającą kreacją Grzegorza Małeckiego.

W sztuce Neila LaButea wyreżyserowanej w Teatrze Narodowym przez Grażynę Kanię nietrafione są tylko parametry ruchu scenicznego. Dwaj bracia, Terry (Grzegorz Małecki) i Drew (Marcin Przybylski), kłócą się zażarcie, próbują wyjawić skrywane tajemnice. Ale na dystans, który wygląda sztucznie.

Tych kilka metrów oddalenia za dużo cofa nas do staroświeckiego, dyskursywnego teatru. A przecież mentalnie dwaj bohaterowie znajdują się w nieustannym zwarciu - od chwili gdy Terry przyjechał do Drew, by w ośrodku dla uzależnionych pomóc bratu wykaraskać się z afery.

Wywołał ją wypadek samochodowy, z kokainą i damskimi ciuszkami pijanego kierowcy w tle. Udana terapia i pomocne zeznania Terry'ego przed sądem mają uratować karierę i rodzinę Drew.

Forma sztuki La Bute'a nie jest rewolucyjna, ale historia, która odkrywa kolejne kręgi dziecięcego piekła, trzyma widza za gardło przez dwie godziny. Bohaterowie też w końcu zaczynają się dusić i lać na oślep.

Marcin Przybylski gra niedojrzałego faceta, ciągle chowającego się za maską błazna, uciekającego od powagi sytuacji w banalny młodzieżowy slang. Terry Grzegorza Małeckiego próbuje zachować kamienną twarz, co chwilę jednak widać na niej ślady podskórnej wściekłości. Drży mu każdy muskuł. Stara się trzymać język na wodzy i ręce przy sobie, urywa słowa, gasi ciężkie jak ołów spojrzenie, by nie przerodziły się w burzę nie do powstrzymania.

Jest zażenowany postawą brata, ale paraliżuje go też tajemnica. Czeka na chwilę niekłamanej rodzinnej bliskości. Na moment, kiedy to on będzie mógł wyznać sekret swojego dzieciństwa. Zaskakujący, bo to, co w powszechnym odbiorze bywa uważane za powód do wstydu, dla nieszczęśników może być rajem.

Scena kameralnego Studia pęcznieje od przekleństw oraz opisów francuskiej miłości z udziałem nieletnich. Są poszukiwania starego gwałciciela, pokazujące, że pedofilia jest jak wirus HIV, bo ofiary zarażają kolejne generacje. W roli nimfetki wystąpiła Milena Suszyńska.

Niebanalność sztuki polega na tym, że autor ciągle myli trop, zwłaszcza w kwestii głównej odpowiedzialności za zło. Pedofil jest jak diabeł. Czuje się pewnie tylko tam, gdzie rodzina się rozpadła albo dochodzi do przemocy. Tworząc pozory miłości, na całe życie niszczy zdolność wchodzenia w normalne związki.

LaBute opowiedział o tym między słowami, a Małecki ukrywa tajemnicę postaci aż do finałowego wybuchu. Wywołuje trzęsienie ziemi stopniowo. Ale eksplozja niedającego się pojąć nieszczęścia zmiata z powierzchni sceny wszystko.

Lepiej nie być za blisko!»

"Teatr odkrywa kolejne kręgi dziecięcego piekła"

Jacek Cieślak

Rzeczpospolita nr 131

06-06-2012

 

WYJŚCIE Z MROKU

"W mrocznym domu" w reż. Grażyny Kani w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Hanna Karolak w Gościu Niedzielnym.

Spektakl Neila LaBute "W mrocznym domu" na scenie Teatru Narodowego jest wstrząsającym obrazem niszczycielskiej siły deprawacji.

Pokrywający scenę symboliczny żwir, raniąc stopy, sprawia ból, który nie mija.

Od pierwszej do ostatniej chwili śledzimy w napięciu dramatyczne relacje dwóch braci i skrywaną dotąd toksyczną tajemnicę ich dzieciństwa. Drew, notoryczny kłamca, posiadacz kancelarii prawnej i kochającej rodziny, i Terry, zarabiający na życie jako ochroniarz, uciekający od świata i ludzi. Ale gdy Drew znajdzie się w opałach po spowodowanym wypadku samochodowym, poprosi brata o złożenie zeznań, które uwolnią go od konsekwencji. Musi więc odkryć tajemnicę traumy, jaką przeżył w dzieciństwie, a która zaważyła na jego systemie emocjonalnym. Molestowanie seksualne, przed którym jako dziecko nie mógł się bronić, czyni go w naszych oczach ofiarą. Ale nic tu nie jest ostateczne.

Przed nami jeszcze tajemnica starszego brata. Katowany przez ojca-sadystę, traktowany jak śmieć, wreszcie wtrącony do więzienia, ulega praktykom cynicznego dewianta, traktując je jako mniejsze zło. W rezultacie jeden i drugi musi sobie zadać pytanie, kim jest.

Wszystko jest w tej sztuce wieloznaczne, ale jedno nie ulega wątpliwości - zło wyrządzone dziecku jest nieodwracalne. Grzegorz Małecki jako Terry daje koncert gry. Nie ustępuje mu Marcin Przybylski w roli Drewa. Dynamiczna Milena Suszyńska stara się z powodzeniem dorównać starszym kolegom. Atuty tekstu i aktorów wykorzystała w pełni reżyser Grażyna Kania.

"Wyjście z mroku"

Hanna Karolak

Gość Niedzielny nr 43/28.10

29-10-2012